Radio Opole » Muzyka

Felietony muzyczne

2017-12-02, 18:41

Między nutami: muzyka jest najważniejsza

Antoni Wit podczas koncertu w Opolu © [fot. Małgorzata Ślusarczyk]
Antoni Wit podczas koncertu w Opolu © [fot. Małgorzata Ślusarczyk]
Wielu młodych adeptów sztuki muzycznej dzielnie walczy o zagranie każdej nuty i zrealizowanie wszystkich tajemnych znaków, jakimi posługują się kompozytorzy. Gorzej, jeśli dojrzali muzycy także poprzestają na odgrywaniu tego co w nutach, na graniu nut. A przecież prawdziwa muzyka ukryta jest między nutami.

Oczywiście w muzyce wiele spraw jest umownych i bardzo subiektywnych. Początkujący odkrywcy świata klasyki mogą dostać zawrotu głowy od wszelakich rozbieżności. Raz każą grać dokładnie jak w nutach i nie wychylać się poza kreskę taktową, ani w żaden inny sposób nie dokładać własnych pomysłów, bo będzie "niestylistycznie". Za chwilę jednak mówią "dołóż coś od siebie, daj się porwać i nie graj bezmyślnie jak maszyna". Nie jest łatwo poruszać się w tym zawiłym świecie, ale właśnie dlatego tak wiele lat wymaga poznanie różnych tajników, by wiedzieć gdzie można sobie pozwolić na swobodę, a gdzie nie. I na tym też polega piękno, niepowtarzalność i wieczna przygoda z muzyką.

Okazuje się, że nie inaczej jest choćby w świecie spod znaku batuty. Gest dyrygencki, technika dyrygencka - istota zawodu i znak rozpoznawczy (bo przecież dla zbyt wielu dyrygent to "ten co macha przed orkiestrą") - to wszystko jest ważne, ale z pewnością nie najważniejsze. Muzyk nie może skupić się wyłącznie na graniu, zapominając o słuchaniu! Podobnie (a może tym bardziej!?) dyrygent. Śpiewak czy instrumentalista ma utrudnione zadanie i przez bliski kontakt z instrumentem brak mu odpowiedniego dystansu. Stąd pojawia się potrzeba obecności tzw. trzeciego ucha - osoby (profesora, innego muzyka), która podpowie, wskaże kierunek pracy, wyłowi nieścisłości lub podzieli się wrażeniami z perspektywy słuchacza. Na swój sposób trzecim uchem orkiestry jest właśnie dyrygent.

- Słuchanie orkiestry, dla młodego dyrygenta, który zaczyna dyrygować, to naprawdę jest problem - przyznaje wybitny dyrygent Antoni Wit. - Z biegiem lat przekonałem się, że dobrze jest słuchać jaki jest rezultat, który wychodzi z orkiestry, żeby to porównywać z tym, co jest we mnie, z tą moją jakąś wizją.

Muzyka wymaga tego, aby w nią wejść głęboko i zaangażować się bez reszty. To sztuka zazdrosna, która jednak potrafi się bardzo pięknie odpłacić wiernym i otwartym na nią ludziom. Oczywiście o ile nie stanowi dla nas wyłącznie "muzycznej tapety", tła dla codzienności. Co ciekawe, ta sztuka wymaga zaangażowania od każdego słuchacza - zarówno tego, który ją tworzy, kreuje (byle nie "odtwarza"!), jak i tego, który jest wyłącznie odbiorcą. Nie wystarczy sama technika, warsztat, nawet w przypadku dyrygentów, od których zależy przecież przebieg utworów orkiestrowych czy chóralnych.

- W dyrygowaniu najważniejsza jest muzyka - mówi Antoni Wit. - Wszystko co się robi, gesty dyrygenta i jego uwagi, ma służyć nadrzędnemu celowi: żeby muzyka, którą kreujemy, była piękna.

Nie zapominajmy więc o słuchaniu - przy graniu, śpiewaniu i dyrygowaniu, ale także - paradoksalnie - przy samym słuchaniu muzyki. A od czasu do czasu pozwólmy też swoim uszom nasycić się brzmieniem ciszy...
2017-11-22, 11:13

Przychodzi skrzypaczka do lekarza...

Janusz Stasiak i Maria Ołdak [fot. archiwum własne]
Janusz Stasiak i Maria Ołdak [fot. archiwum własne]
Nie chodzi o kolejny żarcik z białym fartuchem w tle, a raczej o to co się dzieje, kiedy zawodowy muzyk interesujący się medycyną trafi na muzykującego lekarza. A co się dzieje? Powstaje Muzycyna! Jest w tym wszystkim sporo uśmiechu, dobrego humoru i ciekawostek. Nie brak jednak także i bolesnych zwierzeń, które tak naprawdę prowadzą do... nadziei! A wszystko zaczęło się w momencie, kiedy spotkały się dwie artystyczne dusze, doświadczone na gruncie medycyny Maria Ołdak, skrzypaczka, pedagog i prezes Towarzystwa Muzycznego w Opolu i Janusz Stasiak, znakomity lekarz (gastroenterolog i gastrolog). Temat jest niezwykle ciekawy i dotyka wielu płaszczyzn ludzkiego funkcjonowania, a z drugiej strony nie daje się łatwo zdefiniować. Czym więc jest muzycyna? Janusz Stasiak pisze: "Jak medycyna przenika się z muzyką, jakie muzyka ma znaczenie w medycynie? Wszystko to połączyło się dla nas we wspólnie przez nas odkrytą MUZYCYNĘ". Niby jasne, a dalej nie wiadomo o co chodzi. Muzycyna nie jest dyscypliną naukową, choć zawiera wiedzę interdyscyplinarną. Jednocześnie wychodzi poza sztywne ramy nauki i dotyka najczulszych sfer ludzkiego ducha. Zaczęło się od wspólnych rozmów Marii i Janusza, od wielu pytań i wspólnych rozważań. Co się dzieje w mózgu człowieka, kiedy słucha muzyki? Czy mózg zachowa się inaczej gdy muzyka będzie nie tylko słuchana, ale też wykonywana? Jak dolegliwości słuchowe kompozytora oddziałują na jego twórczość i z jakimi problemami zdrowotnymi borykają się muzycy? Wreszcie jak brzmi nasz organizm, który sam jest instrumentem i czy muzyka może pomóc w terapii ciężkich schorzeń? Pytań jest wiele i różne są kierunki rozważań. Większość zrodziła się jednak z własnych doświadczeń i przeżyć odkrywców muzycyny. Z czasem te rozważania przeniosły się na karty książki pod wymownym tytułem "Muzycyna stosowana". Książka jest jednocześnie wyjaśnieniem i wstępem do muzycynowego świata. Jest także nośnikiem myśli, dzięki któremu muzycyna może dotrzeć do innych ludzi. Wreszcie jest także rodzajem zaproszenia do własnych rozważań i rozmów. Z tego całego zamętu zrodziła się - jak pisze Marysia - "(...) cudna przygoda na planecie muzycyny, ulepionej z muzyczno-medycznych myśli, pytań, marzeń, lęków, przeżyć, kroplówek i hektolitrów dobrej kawy". Dziś nasi opolscy muzycystycy mają już na swoim koncie 3 książki ("Muzycyna stosowana", "Muzycyna zmysłów" i "Muzycynya w garnku") i pierwszą odsłonę festiwalu. Przed nami (25.11) II Festiwal Muzycyny i premiera książki "Muzycyna kryminalna". To okazja, żeby przyjść, posłuchać i skosztować - samemu doświadczyć czym jest muzycyna. Muzycynę trzeba poczuć, trzeba jej doświadczyć, żeby zrozumieć. Może okaże się, że w każdym z nas jest coś z muzycystyka?
2017-11-03, 10:42

Sportowe oblicze muzyki

Muzyczne pasje sportowców [fot. http://www.classicfm.com]
Muzyczne pasje sportowców [fot. http://www.classicfm.com]
Rozbiegane palce przemierzające klawiaturę fortepianu przypominają pająka startującego w biegu przez płotki. Może jest to pocieszne porównanie, ale przecież żaden pianista nie rodzi się z tak sprawnymi palcami. Brak odpowiedniego, regularnego treningu (Ba, rozgrzewki!) nie tylko zagraża efektom muzyczno-estetycznym, ale przede wszystkim może powodować dolegliwości zdrowotne. Kontuzje u muzyków też się zdarzają i mogą zagrozić karierze - zupełnie jak u sportowców. A jeśli sport to krew, pot i łzy, to niejeden pianista mógłby założyć "koszulkę reprezentacji" czy inne... "barwy klubowe". Wszystkie te określenia i porównania wydawać się mogą komiczne lub naciągane i oczywiście jak zawsze należy zachować umiar i dystans, ale niezaprzeczalnie coś jest na rzeczy. I pewnie bardziej wiarygodnie zabrzmiałoby to wszystko, gdyby w temacie wypowiedział się pianista - najlepiej taki, który sam chętnie "kopie w piłkę" pomiędzy pianistycznymi treningami - niż gdy opowiada to skrzypek czy inny radiowy ktoś. Mówiąc jednak całkiem serio - po samym tym wstępie widać, że muzyka ma swoje sportowe oblicze. Związków sportowo-muzycznych tych klasycznych i alternatywnych, poważnych i dowcipnych, będziemy szukać w audycji "Opolskie klasycznie. Słowem - klasyka!" (DAB+). Stali słuchacze audycji znają już jeden związek muzyczno-sportowy i to w królewsko-mistrzowskich barwach. Chodzi oczywiście o hymn UEFA powiązany z muzyką Georga Friedricha Händla (Händel był pierwszy!), na inaugurację sportowego cyklu w świecie klasyki powrócimy jednak do tych dźwięków...
2017-10-18, 18:50

Muzyka sfer niebieskich

Pitagoras [fot. ruleproject.weebly.com]
Pitagoras [fot. ruleproject.weebly.com]
Muzyka sfer niebieskich
Dla wielu Opolan jasne stało się, że przykładem kosmosu w muzyce - w sensie dosłownym - jest suita Gustava Holsta czyli "Planety" op. 32. I kropka. A co tak właściwie wiemy o związkach muzyki z kosmosem? (Celowo unikam terminów astronomia i astrologia!).

Znawcy tematu (czyli tzw. mądre głowy o muzykologicznym czy innym naukowo-logicznym zacięciu), są w stanie przywołać rozliczne teorie dotyczące otaczających nas dźwięków i wszechobecności fal, na które świadomie lub podświadomie reagujemy. Słowem: cały świat brzmi i gra - nawet jeśli brak atmosfery oznacza bezwzględną ciszę... Pozostawmy jednak teorie o falach, wibracjach i dźwiękowym kosmosie na uboczu, bo oto równolegle po innej orbicie krąży świadomość, że jesteśmy istotami niezdolnymi do życia bez dźwięków.

- Muzyka zawsze towarzyszyła ludziom podczas obserwacji nieba - przekonuje Karol Wójcicki. - Nie znam nikogo, kto lubi w kompletnej ciszy siedzieć i oglądać gwiazdy.

Przytoczone słowa padły z ust cenionego popularyzatora astronomii tuż po koncercie w Opolu, z "Planetami" Holsta w roli głównej. Prawdopodobnie suita brytyjskiego kompozytora stanie się też muzycznym tłem do kolejnych obserwacji nieba. A czy starożytni także łączyli świat muzyczny z obserwacjami nieba?

"Muzyką sfer" pitagorejczycy nazywali "harmonijne dźwięki wydawane przez ciała niebieskie krążące dookoła świata". Zauważyliście ciekawe powiązanie? Pitagorejczycy, czyli myśliciele, którzy wnieśli spory wkład w wiedzę z zakresu matematyki i astronomii... i muzyka!? Brzmi jak paradoks! Zapominamy jednak, że wyznawcy doktryny, której początek dał Pitagoras, w równej mierze przyczynili się dla rozwoju szeroko pojętej teorii muzyki. A mówiąc wprost dla podstaw tego, co dziś znamy jako zachodnioeuropejska kultura muzyczna. Tak, tak. Od starożytności po średniowiecze 7 sztuk wyzwolonych (trivium wraz z quadrivium) nadawało nauce o muzyce godne miejsce. To współczesny, tzw. cywilizowany świat, traktuje sferę muzyczną jako coś mało istotnego, a ludzi zajmujących się naukami muzycznymi jako niepoważnych dziwaków...

Sprawa pitagorejczyków jest jednak zaledwie wierzchołkiem góry lodowej i żeby nie rozbić się o nią jak Titanic, warto zdać sobie sprawę z kilku faktów.
Przede wszystkim dla starożytnych naukowców (czyt. pitagorejczyków) "harmonia sfer" nie była bajką ani filozoficznymi dyrdymałami. Nie były to żadne wydumane wierzenia bez pokrycia, ale wiedza oparta na dokładnych obserwacjach i wyliczeniach. Niemal każdy muzyk zna Pitagorasa nie tylko jako "pana od twierdzenia o sumie kwadratów przyprostokątnych...", ale tego, który odkrył matematyczne proporcje w świecie dźwięków i zapoczątkował teorię muzyki. Idąc o krok dalej, Pitagoras odkrył, że proporcje między liczbami opisującymi dźwięki, istnieją także we Wszechświecie. Zresztą według pitagorejczyków świat został stworzony zgodnie z zasadami muzycznych proporcji, a zatem powstał za chaosu - przez dźwięk i harmonię. Uważali ponadto, że siedem planet znajduje się w harmonijnym ruchu, zaś odległości pomiędzy nimi odpowiadają interwałom muzycznym. Żeby było mało, do przekonań tych trzeba jeszcze dopisać teorię, że ruchy planet powodują powstawanie różnych dźwięków w doskonałej harmonii. Słowem - najwspanialsza muzyka. Tak wspaniała i doskonała, że niedostępna dla naszych, niedostosowanych uszu... Czy jakoś tak. Być może powiecie, że mity i filozofia mieszają się z nauką. Macie prawo. I zapewne dlatego dziełem przypadku jest fakt, że większość znanych nam skal czy też gam, składa się zwykle z 7 dźwięków czyli stopni (bo ósmy jest powtórzeniem pierwszego)...

Na deser dodam, że Wielki Temat myśli Greckiej to nic innego, jak przekonanie, że struktura kosmosu sprowadza się do.... struktury dzieła muzycznego. Możecie wierzyć lub nie. Najlepiej sprawdźcie sami! Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że świat muzyki, to istny kosmos. A poza tym kto nie lubi pobujać w obłokach w otoczeniu dźwiękami?
2017-10-02, 12:33

Rynek płyty winylowej w Polsce nadal rośnie

Winyl © (fot. sxc.hu)
Winyl © (fot. sxc.hu)
Od kilku lat przyglądam się z uwagą renesansowi płyty winylowej na świecie. Polska jest niewielkim wycinkiem tego rynku, ale nawet w takiej skali podsumowania sprzedaży są szokujące. Według danych Związku Producentów Audio-Video w pierwszym półroczu 2017, sprzedaż płyt winylowych wzrosła o 71 procent! Polscy melomani nie tylko uzupełniają swoje płytoteki o płyty używane, które kiedyś nie były dostępne na naszym rynku, ale kupują też nowe. Do tych oszałamiających danych przyczyniły się na pewno niekonwencjonalne akcje marketingowe sieci handlowych, które wprowadziły do sprzedaży partie płyty winylowych w okazyjnych cenach. Okazało się, że to skuteczny wabik na klienta. Swoją drogą, jakiż to rozczulający widok, kiedy obok majonezu i parówek z szynki za jedyne 1,99 za kilogram, możemy zobaczyć winylowe arcydzieła jazzu, czy klasykę rocka. Tego nie było nawet w złotych czasach czarnej płyty!

Pamiętam, że kiedy w połowie lat 80. wprowadzano na rynek nowy nośnik - płytę kompaktową, reklamowano ją jako niezniszczalne, podręczne i doskonałe źródło dźwięków. Dzisiaj, paradoksalnie klienci szukają zniszczalnego, nieporęcznego i niedoskonałego nośnika, który ma jednak w sobie wiele uroku i jest czymś więcej, niż słuchaniem muzyki. Handel winylami, to biznes klimatu, atmosfery, ekskluzywności, odrobiny snobizmu i przede wszystkim wspomnień. Świadczą o tym marketingowe naklejki jakie pojawiają się na reedycjach: "Back to Black" ( tłum. powrót do czarnego), czy "Forever Young" ( tłum. wiecznie młodzi). Fanom winylu nie przeszkadza, że trzeba się zaopatrzyć w odpowiedni sprzęt i akcesoria. Obłożyć się szczoteczkami, płynami antystatycznymi, stabilizatorami talerzy gramofonowych, przedwzmacniaczami, itd.

Widać silna jest tęsknota za czymś namacalnym, co oferuje w kontakcie z muzyką właśnie płyta winylowa. Serwisy streamingowe są wspaniałym wynalazkiem współczesności. Oferują ogrom muzyki dostępnej w każdym miejscu i o każdej porze. To jest jednak tylko dostęp, a nie posiadanie. I chociaż niektórzy twierdzą, że żyjemy już w czasach dostępu i usług, a nie fizycznego posiadania nośników, to wyniki sprzedaży winyli (w tym wypadku) przeczą tej teorii. Pozwolę sobie na jeszcze jedno porównanie. Mimo, że po świecie krąży coraz mniej listów ze znaczkami pocztowymi, filatelistyka trzyma się nieźle. Podobnie będzie w najbliższych dekadach z płytami winylowymi. Najrzadsze z nich już są i będą warte fortunę, ale to temat na inny tekst.
2017-09-25, 10:54

"Mocne Granie" - to były wyjątkowe urodziny w opolskim amfiteatrze

Zobacz Radio Opole - oprowadza Kacper Śnigórski
Druga taka okazja najprawdopodobniej się nie zdarzy. Ci, którzy postanowili przyjść na piątkowy, jubileuszowy koncert Radia Opole: "Mocne Granie", na pewno nie żałowali. Impreza okazała się być magnesem dla fanów z całego kraju. Ludzie przyjeżdżali nawet znad morza. Nie zawiedli się. Na jednej scenie, w ciągu jednego wieczoru można było posłuchać TSA, SBB, Piersi oraz obiecującej Sabiny SAGO.

Potwierdzeniem dobrej zabawy było to, że publiczność wiele razy wstawała z miejsc i bawiła się przy muzyce swoich idoli. Prawie pełny amfiteatr był dla nas też dowodem trafionego doboru wykonawców. W powietrzu czuło się jakieś napięcie i na szczęście nie było to związane z pogodą, która tym razem dopisała. Ta ekscytacja wynikała przede wszystkim z magicznych chwil, które miały być powrotem do przeszłości. Do takich momentów jak: historyczny koncert SBB z festiwalu opolskiego z 1974, czy przełomowe występy TSA z lat 80., kiedy w kategorii heavy metal nie mieli w Polsce konkurencji.

Sabina SAGO rozgrzała publiczność swoimi utworami i własną wersją "Hi-Fi" zespołu Banda i Wanda. O niej na pewno będzie jeszcze głośno. Piersi to prawdziwy żywioł na scenie. W pewnym momencie opolski amfiteatr oszalał, "Całuj mnie" to była prawdziwa euforia.

SBB w oryginalnym składzie nie zawiodło. Największe emocje czuło się na widowni, kiedy Józef Skrzek intonował najsłynniejsze teksty swoich kompozycji wyłaniające się z instrumentalnych wstępów. Tak było, gdy publiczność usłyszała: "Z miłości jestem...". Na zakończenie "Figo-Fago", może już nie w takim tempie jak kiedyś, ale wciąż żywiołowe.

TSA zabrzmiało rasowo i naturalnie. Muzycy w świetnej formie, a amfiteatr nadał przestrzeni ich agresywnemu stylowi. Z impetem rozpoczęli od "Maratończyka" i stworzyli prawdziwą ścianę dźwięku swoimi największymi kompozycjami. Publiczność zbliżyła się do sceny, by być bliżej zespołu. To była fantastyczna rzecz, bo TSA właśnie w bliskim kontakcie z widownią, zaczynają podbijać emocje. Był również czas na sentymentalne podsumowania i wyliczenia, który to już koncert w Opolu. W pewnym momencie Andrzej Nowak w zabawie z publicznością zaintonował: "Szła dzieweczka...", na co entuzjastycznie odpowiedział amfiteatr. Nie obyło się bez bisów i podziękowań dla Radia Opole.

My też dziękujemy opolanom i zespołom za ten niezwykły wieczór. Miał on dla nas szczególne znaczenie, bo wszyscy wykonawcy są związani z Radiem Opole. A wspólne przedsięwzięcie pokazało, jak ważną rolę odegraliśmy w przeszłości i jak wiele jeszcze możemy osiągnąć.
2017-09-18, 13:01

Legendy polskiego rocka zagrają na urodzinach Radia Opole

[fot. Jörg Schreier / flickr.com]
[fot. Jörg Schreier / flickr.com]
Kiedy planowaliśmy skład koncertu rocznicowego Radia Opole, chcieliśmy podarować naszym słuchaczom nie tylko zestaw kilkunastu utworów po prostu odegranych na deskach opolskiego amfiteatru. Przede wszystkim chcieliśmy rozbudzić wspomnienia i przygotować widowisko, o którym będzie się mówiło, bo będzie niepowtarzalne.

Radio Opole odegrało w historii polskiej muzyki ważną rolę. Nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę. Tym bardziej warto o tym mówić. Zaprosiliśmy do udziału w naszym koncercie prawdziwych gigantów polskiego rocka: TSA, SBB i Piersi. Skład dopełni "wschodząca" artystka Sabina SAGO.

Pozwolę sobie na małą retrospekcję. Pamiętam, jako nastolatek, godzinami wczytywałem się w okładki płyt: "TSA", "Live", "Heavy Metal World". Byłem dumny, że polska kapela, potrafi brzmieć tak ciężko i ostro, jak brytyjscy klasycy rocka. Nie miałem jeszcze świadomości, że muzycy wywodzą się z mojego miasta. Dowiedziałem się o tym później, i od tamtego momentu jestem przekonany, że Opole powinno wykorzystać ich promocyjnie, tak jak Liverpool wykorzystuje The Beatles.

SBB to osobna historia. Czy jest prawdziwy fan polskiego rocka, który nie zna pierwszych słów Józefa Skrzeka z debiutanckiej płyty "SBB"? "Mamy dla Was muzykę...". To nie była tylko zapowiedź koncertu w warszawskiej "Stodole", ale zapowiedź tego, co miało wywrócić polską scenę rockową w drugiej połowie lat 70. I znowu pojawiamy się my Radio Opole. To właśnie u nas SBB zarejestrowało najważniejsze nagrania przełomu dekad 70/80.

Z kolei Piersi są wyjątkowe, od kultowego wręcz statusu w środowisku kontrkultury do "drugiej młodości" i największego hitu komercyjnego ostatnich lat, przeboju "Bałkanica", grupa zawsze pokazywała, że ma dystans do siebie i rzeczywistości. Dała tego dowód w prześmiewczych tekstach i zabawie formami muzycznymi. Potrafią zagrać prawie wszystko.

Sabina SAGO, która szuka jeszcze swojego przełomowego utworu, rozgrzeje opolską publiczność przed występami gwiazd. Dla takich wykonawców jak ona, możliwość pojawienia się na jednej scenie z TSA, SBB i Piersiami to prawdziwa nobilitacja.

Z niecierpliwością czekamy na piątek 22 września o 19:00. Kiedy zajdzie słońce, amfiteatr wypełni się dźwiękami mocnej, polskiej muzyki, która łączy pokolenia, i co najważniejsze, jest silnie związana z Opolem i naszym radiem. Marzenia o historycznym koncercie staną się faktem, a taki skład może się już nigdy nie powtórzyć.
2017-08-16, 15:12

Przebojowa "Duma" Andrzeja Nowaka i Złych Psów już we wrześniu na winylu!

Andrzej Nowak z zespołu Złe Psy [fot. Justyna Krzyżanowska]
Andrzej Nowak z zespołu Złe Psy [fot. Justyna Krzyżanowska]
„Duma” Andrzeja Nowaka i Złych Psów to album doskonale znany słuchaczom Radia Opole. Chociaż płyta trafiła do oficjalnej sprzedaży 9 czerwca, mieliśmy przyjemność prezentować przedpremierowo jej obszerne fragmenty już w lutym w audycji „Dobre Granie”.



Płyta zaskakuje muzyczną dojrzałością i niewymuszonym eklektyzmem. Obok typowych dla twórczości zespołu kompozycji na pograniczu hard i blues rocka takich jak „Prawda” i „Dzieci Miasta”, otrzymujemy wiele niespodzianek. Szczególnie zaskakuje fortepianowa ballada „Miłości moc”, gdzie Nowaka wokalnie wspomaga znakomita wokalistka jazzowa Karolina Glazer. Artystka nie jest jedynym gościem na albumie. Bogate aranżacje na „Dumie” to zasługa rozbudowanego składu zespołu. Złe Psy to aktualnie również Wojciech Pilichowski, czyli jeden z najlepszych basistów w Polsce, klawiszowiec Krzysztof „Alladyn” Imiołczyk oraz sekcja dęta, która daje znakomity popis w przebojowym „Wstrzymaj konia”. Piosenka urzeka energią i bezpretensjonalnym przekazem. Na albumie znajdziemy też utwory o bardziej poważnym, patriotycznym przesłaniu - takie jak „Dumny z pochodzenia” z wplecionymi przemówieniami Jana Pawła II, Stefana Starzyńskiego i Jana Paderewskiego.

Zasygnalizowana różnorodność wydaje się największym atutem najnowszego dzieła Andrzeja Nowaka i Złych Psów. „Duma” nie pozwala na chwilę nudy. Uwagę przykuwa również organiczna produkcja materiału. Płyta powinna ucieszyć słuchaczy, którzy cenią sobie ciepłe, analogowe brzmienie. Nie dziwi więc, że na wrzesień planowana jest premiera winylowej wersji albumu.
2017-08-08, 11:47

Klasyczne rozterki

klasyka w obiektywie © [fot. Małgorzata Ślusarczyk]
klasyka w obiektywie © [fot. Małgorzata Ślusarczyk]
Jak mówić o muzyce, jak ją nazywać i określać? To rozterki, które pojawiają się, gdy trochę mocniej wchodzi się w muzyczny świat. Słabość do muzyki "Bacha, Beethovena i innych chłopaków" budzi czasem kompleks i potrzebę usilnego tłumaczenia się, że to muzyka normalna, nie gorsza od rocka czy metalu. W świecie zdominowanym przez POP i wszechgatunki dźwiękowej rozrywki (swoją drogą coraz trudniejszej do określenia gatunkowo) termin "muzyka elitarna" brzmi jak obelga.

Z jednej strony świat "klasyki", czyli muzyki nazywanej niesprawiedliwie "poważną", sam naraził się trochę na szyderstwa. Przez lata wielu artystów i krytyków próbowało czynić się lepszymi, elitą właśnie. A przecież historia muzyki jest jaka jest i nikt nie podważa początków naszej europejskiej tożsamości na gruncie muzycznym. Co najwyżej niektórzy o tym zapominają, ale i tacy muszą istnieć. Tak dla równowagi. Współcześnie (dla odmiany) próbuje się natomiast udowodnić, że słabość do muzyki rodem z filharmonii czy opery nie jest dowodem obłąkania... Z drugiej strony jednak, świat klasyczny, tak jak świat muzyki tzw. rozrywkowej (czy też popularnej), coraz bardziej zmienia się i przenika z jazzem, rockiem i innymi. Przykładem idealnym może być ostatni koncert promenadowy. W Filharmonii Opolskiej mogliśmy bowiem usłyszeć fenomenalny kwartet smyczkowy, który z powodzeniem może walczyć o serca słuchaczy z najlepszymi jazz-bandami czy kapelami rockowymi! O zjawiskowym Atom String Quartet, może jednak innym razem.

A co z tą klasyką, poważną, artystyczną, nie-rozrywkową? Z pomocą przychodzi David W. Barber, który pisze: "Jako termin opisowy "klasyczny" nie jest wcale dokładny (...). Problem jednak w tym, że nikt nie wymyślił lepszej nazwy, albo przynajmniej takiej, którą ludzie gotowi byliby zaakceptować. Niektórzy nazywają ją muzyką artystyczną, by odróżnić ją od muzyki popularnej - jakby to miało oznaczać, że Bach nie może być popularny albo że nie ma artyzmu w muzyce Beatlesów. Inni nazywają ją poważną, a są określenia jeszcze mniej uprzejme. Jakby na to nie spojrzeć, nie ma dobrej nazwy".

Coraz częściej przekonuję się, że problematyczność nazywania muzyki "Bacha i spółki" pojawia się głównie wtedy, gdy trzeba o niej rozmawiać, choćby pół-oficjalnie. W każdym innym przypadku etykietki, łatki i kategorie nie istnieją. Włącza się płytę lub idzie na koncert - tak po prostu. Człowiek sięga po to, czego potrzebuje - bez względu na to, czy rządzi nim chęć dokarmienia pasji czy przeżycia przygody przez odkrycie nieznanego świata. I coraz mocniej podpisuję się pod stwierdzeniem, że istnieją tylko dwa rodzaje muzyki: dobra i zła, przy czym dobra, to ta, która porusza najczulszą strunę duszy... Mówiąc wprost: dobra muzyka, to taka, która do nas przemawia, bo najzwyczajniej w świecie nam się podoba. A muzo-różnorodność czyni świat ciekawszym.
2017-07-24, 23:50

Muzyka zawsze jest rozrywką. O zaskakujących obliczach wiolonczeli

"Jazzowa After Party" w ramach IV MAW [fot. Małgorzata Ślusarczyk]
"Jazzowa After Party" w ramach IV MAW [fot. Małgorzata Ślusarczyk]
Nie tak dawno przeżyliśmy jeden z koncertów urodzinowych zorganizowany pod budynkiem Radia Opole. Co wspólnego może mieć to wydarzenie z zakończoną właśnie IV Międzynarodową Akademią Wiolonczelową (MAW)? Wbrew pozorom wiele. Pod opolską rozgłośnią rozbrzmiewał nie tylko wokal, ale i klawisze, trąbka czy skrzypce, a więc takie instrumenty, które równie dobrze mogą służyć "klasyce", co "rozrywce". Inna sprawa, że rozumienie i zastosowanie tych pojęć jest równie proste, co struktura klucza wiolinowego. A jak to się ma do MAW? W skrócie: przez niemal 2 tygodnie w Nysie mogliśmy podziwiać (wizualnie i słuchowo!) wiolonczele śpiewające, jazzujące, improwizujące, grające muzykę popularną, a nawet podpięte do nagłośnienia. Śliczne wiolonczelistki i przystojni wiolonczeliści oczywiście też byli, a w dodatku ich gra była wyśmienita!

Zaczęło się klasycznie - od występu Polish Cello Quartet (PCQ), czyli jedynego polskiego kwartetu wiolonczelowego (!), którego działalność bazuje na wynajdywaniu i prezentowaniu literatury muzycznej (czyt. utworów) przeznaczonej oryginalnie na 4 wiolonczele. Oczywiście panowie z PCQ nie ograniczają się wyłącznie do muzycznych wykopalisk. Współcześni kompozytorzy sami się zgłaszają z propozycjami, ale może o tym innym razem. Ważniejsze jest to, że koncert inauguracyjny zawsze stawia bardzo wysoko poprzeczkę uczestnikom MAW i rozbudza apetyty słuchaczy. Nie jest to jednak muzyczna obietnica bez pokrycia. W tym roku słuchacze mieli do dyspozycji łącznie 7 zróżnicowanych koncertów. Mówienie o wiolonczelach, które śpiewają, tańczą, jazzują i kontemplują nie jest przesadzone. A i repertuar bez trudu trafiał w gusta najbardziej wybrednych i sceptycznie nastawionych do "niezbyt ciekawej wiolonczeli". Już po pierwszym koncercie, który przedstawiał "muzykę współczesną" (zwaną także "muzyką nową"), można było łatwo stwierdzić, że Tomasz Daroch, Wojciech Fudala, Krzysztof Karpeta i Adam Krzeszowiec (czyli Polish Cello Quartet) zamierzają świetnie bawić się muzyką i łamać schematy myślenia o niej. Przy okazji wciągnęli w zabawę publiczność, a raczej publiczność sama się wciągnęła.

Nie inaczej było w kolejnym dniu koncertowym, kiedy do gry włączone zostały południowoamerykańskie klimaty. Tym razem smyczek w smyczek grali i wykładowcy MAW i studenci. Bisów jednak nie było - zamiast tego artyści zaprosili na drugi koncert czyli Jazzowe After Party, które przerodziło się Jam Session. Klimatyczny występ Karpeta Jazz Brothers był tylko rozgrzewką, a zabawa rozkręciła się na dobre, kiedy jeden z wykładowców MAW, Jakob Kullberg (Royal College of Music w Londynie) nie tylko podłączył swoją wiolonczelę do wzmacniacza (podobnie zresztą jak Krzysztof Karpeta), ale... zaczął grać na wiolonczeli jakby była gitarą! I to jak!

Świetną zabawą okazał się też koncert, w którym studenci musieli grać "na żywca" w kwartetach utwory... widziane po raz pierwszy na oczy. Taki trening jest bezcenny dla każdego muzyka, tu obowiązek przerodził się w muzyczną fetę, a powszechnie wiadomo, że nie ma nic lepszego, jak nauka przez zabawę. Nie mniej ekspresji i emocji wywołał koncert wykładowców MAW. Nie jest tajemnicą, że najlepszy nauczyciel to ten, który nie tylko opowiada i poucza, ale daje dobry przykład. Uczniowie MAW nie mogą narzekać w tej materii i - jak się finalnie okazało - nie narzekali nawet po 10 dniach przesyconych ćwiczeniami, próbami, koncertami i wykładami. Mało tego! Nie przestawali się uśmiechać i mówić o dobrej zabawie. Warte przemyślenia, zwłaszcza przez zwolenników nazywania muzyki klasycznej "poważną" i "snobistyczną". Trzeba jednak zaznaczyć, że IV Międzynarodowa Akademia Wiolonczelowa wyszła na przeciw także i tym, którzy w muzyce szukają wytchnienia i momentów zadumy. Bez dwóch zdań taki opis pasuje do koncertu "Bach w kościele". Tym razem główną ideą było nawet nie tyle spotkanie z dziełami Bacha na wiolonczelę solo, co wrażenia akustyczne. Wyobraźcie sobie: barokowy kościół i dobiegające z różnych stron dźwięki wiolonczeli. Słychać muzykę napływającą z prezbiterium, za chwilę ucho otula muzyka Bacha docierająca gdzieś z końca kościoła, zza pleców... a nie! Już gra z bocznej nawy, a teraz z drugiej strony. Ten żałosny opis oczywiście nijak się ma do tego co się dzieje, gdy te dźwięki odbijają się od ściany do ściany by gdzieś po drodze dotrzeć do uszu słuchaczy. I pomyśleć, że gdyby Bach przebywał na tym terenie, mógłby siedzieć w tym samym kościele...

A wracając na ziemię: finał festiwalowej części Międzynarodowej Akademii Wiolonczelowej zawsze budzi najwięcej emocji. Ponoć gdy się na jednej scenie znajdzie dużo wiolonczel i zaczną razem grać, mogą buczeć. Nie jestem w stanie stwierdzić czy to prawda, bo uczestnikom i wykładowcom MAW nie udaje się uzyskać takiego efektu. Sprawiają natomiast, że przyjemny dreszcz przelatuje przez skórę, kiedy niemal 60 osób otulających swoje wiolonczele gra tak, jakby tworzyli zespół od 20 lat. A przy okazji wiolonczela występuje jako instrument melodyczny, harmoniczny i... perkusyjny! W tym roku wiolonczele zagrały na wszelkie - wyobrażalne i niewyobrażalne sposoby - także za sprawą utworu Przemysława Michalaka. Do serii atrakcji IV MAW możemy więc dopisać jeszcze światowe prawykonanie utworu "3 landscapes".

Wiele słów padło i można by napisać jeszcze więcej. Żadne słowa nie są jednak w stanie oddać tego co się dzieje, kiedy da się szansę - sobie i muzyce - by przeżyć zaskakującą, wiolonczelową przygodę. Ponoć jedyny podział muzyki, jaki istnieje, to taki, w którym dzieli się muzykę na dobrą i złą. Muzyka, która przez 10 dni unosiła się nad Nysą była wyśmienita. Za rok Międzynarodowa Akademia Wiolonczelowa wystartuje po raz piąty. Możemy być pewni, że jeśli tak się stanie, atrakcji nie zabraknie! A w oczekiwaniu na kolejną MAW można się rozkoszować krążkiem "Discoveries" czyli debiutancką płytą Polish Cello Quartet...
1234567
Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. Dowiedz się więcej »