Radio Opole » Muzyka

Felietony muzyczne

2018-05-04, 09:23

Cóż tam, panie, w muzyce? Alternatywa trzyma się mocno!

[fot. Jörg Schreier / flickr.com]
[fot. Jörg Schreier / flickr.com]
Zespół Small Mechanics to reprezentant opolskich eliminacji w tegorocznym koncercie Debiuty KFPP Opole. Propozycje zebrane wcześniej przez Narodowe Centrum Polskiej Piosenki w Opolu dają pewne wyobrażenie jak wygląda dzisiejsza scena młodej muzyki. Gołym uchem słychać, że gatunkowo jest ona zdominowana przez artystów alternatywnych. Dlaczego? Przyczyn jest kilka.

Pokoleniowa zmiana przyzwyczajeń

Muzyka alternatywna ma w ostatnich kilkunastu latach w Polsce dobry czas. Płyty wschodzących wykonawców sprzedają się wprawdzie w niewielkich nakładach, ale dzisiaj zmienił się model biznesowy. Zarabia się na koncertach, obecności w mediach tradycyjnych i cyfrowych. Dobrą robotę wykonują także serwisy muzyczne, wprawdzie całkowicie zautomatyzowane, ale jednak podpowiadają użytkownikom nowych wykonawców, a to już jest szansa dotarcia z przekazem do kolejnych odbiorców. Dlatego nikt, nawet debiutanci, nie lekceważą obecności w Spotify, Apple Music, Pandora, czy Tidal. Właściwie od tego się zaczyna.

Młodzi szukają tego, co nie jest obciachem

Alternatywa wyrasta z tradycji bezkompromisowego podejścia do sztuki. Nie zależy jej na łagodzeniu krawędzi, ale na poszukiwaniu nowych rozwiązań i prowokowaniu do myślenia. To sprawia, że muzyka alternatywna łatwiej wytrzymuje próbę czasu, bo nie ma aż tak sezonowego charakteru jak pop. Ma też węższe grono odbiorców, a zatem bardziej wyjątkowy charakter. Dla młodych ludzi szukających odrębności i swojego stylu było to zawsze pociągające. Trudno się dziwić, że koszulki z logo Kultu, czy podobizną Davida Bowie są manifestacją poglądów i gustu.

Czym skorupka za młodu nasiąknie

Dzisiaj na rynek wchodzą piękni 20-letni. Przyszli na świat kiedy kariery Hey, Edyty Bartosiewicz, Kultu, Myslovitz, T.Love były w pełnym rozkwicie. Było od kogo się uczyć. Lata 2000 były też bogate w przykłady znakomitych produkcji „offowych”: Lao Che, Strachy na Lachy, Happysad, Fisz Emade, by wymienić tylko kilka. Jeśli ma się takie wzorce, to trudno się dziwić, że muzyka alternatywna znowu eksploduje obfitością.

Festiwale też się zmieniają

Nic nie trwa wiecznie. Ewoluują też wszelkiego rodzaju przeglądy muzyczne, jak na przykład festiwale studenckie. Z perspektywy kilkudziesięciu lat widać przeniesienie środka ciężkości z muzyki o zabarwieniu aktorskim i literackim w kierunku alternatywy i jej odcieni (od alt rocka po alternatywny folk). Nikt z szanujących się promotorów nie traktuje już stylów alternatywnych jako dziwactwa garstki outsiderów. To mocny produkt rynkowy, który zapełnia sale klubowe i letnie miejskie plenery.

Fakt, że trudno odnaleźć polską alternatywę w składzie wykonawców telewizyjnych zabaw sylwestrowych. Ale oni nawet do tego nie aspirują, chociaż milionowe gaże brzmią kusząco. Dla wielkich nazwisk polskiej alternatywy i tych dopiero debiutujących najważniejsza jest ich publiczność i nagrywanie muzyki do jakiej są przekonani, a nie takiej, jaką dyktuje sezonowa moda.
2018-04-10, 14:30

Przemysł muzyczny nie dopuści do śmierci radia z 3 prostych powodów

mikrofon © (fot. sxc.hu)
mikrofon © (fot. sxc.hu)
Pejzaż muzyczny zmienił się w ostatnich latach nie do poznania. Jak grzyby po deszczu, powstają nowe serwisy strumieniowe do słuchania i dzielenia się muzyką. Każdy, kto wykona i nagra piosenkę może ją udostępnić w sieci. Panuje przekonanie, że radio nie jest już potrzebne do promocji muzyki. Nic bardziej mylnego. Rola radia jest może inna niż kiedyś, ale to nie oznacza, że medium jest zagrożone. Oto kilka argumentów na jego obronę:

1. Siła odkrywania i promocji

Żyjemy w czasach nadprodukcji. Nie chodzi tylko o telefony, pralki i zabawki, ale też dobra kultury, w tym muzykę. Tygodniowo w przestrzeni wirtualnej pojawiają się miliony nowych utworów. Kto ma przeprowadzić słuchacza przez ten ocean dźwięków? Na pewno nie algorytmy przeglądarek i serwisów muzycznych. To żywy dziennikarz radiowy, ze wszystkimi swoimi wadami, wybierze te piosenki, które warto polecić. Nawet jeśli wybór będzie subiektywny, to dokona go człowiek.

A kto będzie wiedział więcej o tym, co dzieje się na Twoim podwórku muzycznym? Algorytm? Wątpię. Radio jest niezastąpione.

2. Wyjątkowość

W serwisach typu YouTube może się dzisiaj znaleźć każdy, ale poprzez szeroką dostępność, nie jest to już nic wyjątkowego. Inaczej jest z radiem, szczególnie jeśli ma ono swoją opiniotwórczą renomę. Pojawić się w popularnej audycji muzycznej, jest przywilejem i okazją do pochwalenia się w mediach społecznościowych, co z kolei buduje bazę fanów. Już sam fakt „przebicia” się do radia jest dla słuchaczy wskazówką, że tym wykonawcą warto się zainteresować. Na taką ekskluzywność nie każdy może sobie pozwolić.

3. Przewidywalność i trwałość

„Muzyka w sieci”, to brzmi nieźle. Trzeba jednak przeszukiwać, wybierać, klikać kolejne linki i przeczekać reklamy. Biorąc pod uwagę, że większość ludzkości jest raczej leniwa, szybko przychodzi zniechęcenie. Czekamy na gotowe, a radio, jak posłuszny kelner, podaje nam to, co lubimy.

Specjaliści od programowania starają się dopasować muzykę i treści do pory dnia i roku. Chcą też zaspokoić szeroką grupę odbiorców. Ktoś powie, że stąd niedaleko do niestrawnej i tandetnej papki. Zgoda, ale radio publiczne jest po to, by łączyć przystępność z poszukiwaniem wartościowych przejawów kultury, by z jednej strony nie stracić słuchaczy, a z drugiej nie skazywać się na niszę.

Związek radia i przemysłu muzycznego z pewnością zmienił się od początku jego istnienia wiele dziesięcioleci temu. Jednak nie zestarzała się idea radiowej promocji muzyki przez żywego człowieka. Z pewnością istnieje wiele metod zdobywania fanów, ale nie dyskontowałbym radia jako realnego medium promującego Twoje sprawy i Twoją muzykę!
2018-03-31, 10:00

Przygotowania do świąt pełne muzycznej pasji

Józef Elsner w Filharmonii Opolskiej © [fot. Małgorzata Ślusarczyk]
Józef Elsner w Filharmonii Opolskiej © [fot. Małgorzata Ślusarczyk]
Czas przygotowań do Świąt Wielkanocnych to długotrwały, duchowy proces, któremu może towarzyszyć muzyczna kontemplacja. Kompozytorzy różnych epok, inspirowani liturgiką tego okresu, dostarczyli nam sporo materiału. Chyba największą popularnością cieszą się zwłaszcza liczne opracowania sekwencji "Stabat Mater dolorosa" (dla mnie G.B. Pergolesi wciąż pozostaje niedościgniony w tej materii!) oraz pasje czyli wokalno-instrumentalne dzieła dramatyczne, przybliżające historię męki i ukrzyżowania Jezusa (a wszystko w oparciu o teksty Ewangelii).

Zaledwie tydzień przed Wielkim Piątkiem w Opolu zabrzmiało wyjątkowe dzieło, należące do drugiego z wymienionych gatunków. Może muzykolodzy (albo muzykofile) mogliby powiedzieć, że istnieją bardziej przejmujące dzieła przeprowadzające nas przez tajemnice prowadzące do Niedzieli Zmartwychwstania, jak "Passio Domini Nostri Jesu Christi seu Triumphus Evangelii" op. 65 Józefa Elsnera. Czy aby na pewno? Oczywiście trudno porównywać monumentalną obsadę elsnerowskiego oratorium pasyjnego, w którym przewidziano udział 14 solistów, 3 chóry i orkiestrę symfoniczną (a w prawykonaniu brało udział ok. 400 muzyków!) do pasji J.S. Bacha. Trzeba brać pod uwagę realia epoki i praktyki wykonawcze. A jednak choćby z duchowego punktu widzenia pasja Elsnera jest ciekawa - nie zamyka się bowiem na samym wyrażeniu nadziei, że śmierć jest wyzwoleniem. Po całej, przejmującej drodze, pełnej bólu i goryczy doświadczamy trzęsienia ziemi, a anielski chór wprowadza nas w inny wymiar. I wzmacnia nadzieję w triumf życia nad śmiercią. Te muzyczne obrazy, stworzone przez Elsnera, poruszyły publiczność licznie zgromadzoną na koncercie. Konstrukcja dzieła i sposób muzycznej narracji nie pozwoliły także na znużenie - nawet przy niemal dwugodzinnym czasie trwania. Zresztą cokolwiek by się nie działo - finał Pasji op. 65 pozostawiał jedynie niedosyt: że to już, że się skończyło i że do świąt pozostał cały tydzień. Z pewnością wrażenia publiczności, która nagrodziła artystów owacjami (chyba rekordowo długimi!), spotęgowała niezwykła paja i kunszt z jakimi maestro Zbigniew Graca przedstawiał dzieło. I to w bezwzględnej symbiozie z muzykami, stanowiącymi sporą, jak na opolskie możliwości (choć oczywiście skromniejszej względem pierwowzoru), obsadę wykonawczą. Niezwykła atmosfera zdawała się udzielać wszystkim zebranym w sali koncertowej Filharmonii Opolskiej. A chwilami zdawało się, że dotykamy innego wymiaru...

Poza pozytywnymi względami natury muzyczno-estetycznej musimy pamiętać także o tym, że dla Opola i mieszkańców Opolszczyzny wykonanie tego dzieła było momentem historycznym. Po raz pierwszy na Ziemi Opolskiej zabrzmiało jedno z najwybitniejszych dzieł Józefa Elsnera - kompozytora, który z tej ziemi się wywodzi i który na tej ziemi zdobywał swoje pierwsze doświadczenia muzyczne. To wielka radość, że Elsner doczekał się tak chlubnego przywrócenia do życia i to za sprawą filharmonii, której patronuje. Tym większa radość, że nie musimy chwalić cudzego, żeby móc w klasycznym tonie przygotować się do Świąt, wzmacniając duchowe przeżycia pięknymi dźwiękami. A im bliżej świąt, tym mocniej w duszy gra.
2018-03-17, 16:17

Szymanowska też była kobietą!

Kopozytorki © [fot. Małgorzata Ślusarczyk]
Kopozytorki © [fot. Małgorzata Ślusarczyk]
Kompozytor. Według słownika języka polskiego to "twórca utworów muzycznych". Definicja nie określa jednak czy to mężczyzna czy kobieta. Słowo "kompozytor" nie wyklucza więc żadnej ze stron. To po prostu człowiek, osoba, istota ludzka, która tworzy dzieła muzyczne. A jednak przez wieki kobiety były w jakimś sensie wykluczone z kręgu twórców i wykonawców. Wykonawstwo muzyki, to osobny temat i tu mimo wszystko sytuacja zdawała się być odrobinę korzystniejsza. Ale kobieta pisząca muzykę? Pani kompozytor? Czy to w ogóle możliwe? Przez stulecia panowało przekonanie, że nie bardzo. A też i mało kto współcześnie wie, że kobiet, które tworzyły, pokonując niechęć społeczną i opierając się krzywdzącym opiniom, było całkiem sporo, choć zapewne i tak o wielu z nich nie dowiemy się nigdy. Dlatego spróbujmy choć odrobinę , choć pobieżnie, odkryć świat kompozytorek.

Jedna z teorii głosi, że w kanonie muzycznej klasyki, kobiet praktycznie nie ma "z tego samego powodu, z jakiego Litwa nie może się szczycić wielkimi jazzmanami, a Eskimosi tenisistami... bo nie tę dziedzinę uprawiali"! I w zasadzie coś jest na rzeczy. Pytanie tylko czy to kwestia naturalnych uwarunkowań, czy jednak narzuconych społecznie zasad. Nie mylić z demokracją! Jak słusznie zauważa Danuta Gwizdalanka, w Polsce temat ten nie budzi aż tak wiele kontrowersji, jak w innych częściach świata, a twórczość Marii Szymanowskiej czy Grażyny Bacewicz od lat cieszy się popularnością. Z drugiej strony dwa nazwiska to jednak niewiele na tle całej plejady panów kompozytorów. Poza tym dotykamy tu problemu czasów nowszych. A przecież istnieją przekazy świadczące o tym, że choćby w Starożytnej Grecji kobiety były zaangażowane w twórczość muzyczną. A właściwie Grecja jest tym ośrodkiem, o którym wiemy najwięcej. Zresztą bodaj pierwszą, znaną z imienia kobietą zajmującą się muzyką, była grecka poetka Safona. Przeskoczmy jednak do średniowiecza. Naszą uwagę przyciąga pewna zakonnica... bo oto ze świata, który co jakiś czas upomina się o milczenie kobiet i zaleca paniom unikanie śpiewu, gry i zajmowania się muzyką, przetrwało do naszych czasów nazwisko twórcy. Twórcy, którego dzieła wykonywane są do dziś i nagrywane na płytach, sprzedawanych w niemałej ilości egzemplarzy. Twórcy, którym była właśnie kobieta. Hildegarda, przełożona klasztoru żeńskiego w Bingen nad Renem - czyli Hildegarda z Bingen. To była ciekawa postać. Wizjonerka, mistyczka, uzdrowicielka, reformatorka religijna, uznawana przez kościół za świętą, a od 2012 roku zaliczana do grona doktorów Kościoła. Panie mogły się zapewne natknąć także na dietę według koncepcji Hildegardy. Z muzycznego punktu widzenia istotniejsze jest jednak to, że w opozycji do nakazu milczenia przez kobiety w kościele (słynne "Mulier taceat in ecclesia"), głosiła: "Wszyscy ci, którzy bez należytego powodu zachowują milczenie w kościołach przywykłych do śpiewu na cześć Boga, nie zasługują na to, by słuchać w niebie cudownych symfonii aniołów wyśpiewujących chwałę Pana".

Nie sposób w tym miejscu przedstawiać całej, historycznej wycieczki tropem kompozytorek poszczególnych epok. To materiał na solidną książkę. Warto jednak wspomnieć kilka pań, trochę mniej znanych od Clary Schumann (z domu Wieck). Słuchacze audycji "Klasyka wieczorową porą" mogli zapoznać się z twórczością takich pań jak Fanny Hensel czy Maria Szymanowska. Fanny, starsza siostra Feliksa Mendelssohna-Bartholdy'ego, pisała m.in. kwartety smyczkowe. Powiedzmy sobie jednak szczerze, że fakt stworzenia przez kobietę kwartetu w tamtych czasach to nie była taka oczywista sprawa. W tamtych czasach, czyli w latach 1805-1847, a zatem w dobie romantyzmu. Przede wszystkim na luksus komponowania pozwolić sobie mogły jedynie panie z wyższych sfer, które nie musiały zajmować się praniem, sprzątaniem i gotowaniem. Nie traktowano jednak takiej twórczość zbyt poważnie, a najczęściej utwory komponowane były na użytek własny. Co najwyżej można było pochwalić się nimi podczas spotkania towarzyskiego. Nie było jednak mowy, żeby komponowanie stanowiło stałe zajęcie, a dorobek prezentowany szerszej publiczności. Poza tym panie musiały się zadowolić tworzeniem drobnych utworów przeznaczonych na instrument klawiszowy lub twórczością pieśniarską. Wielkie formy zarezerwowane były wyłącznie dla godnych wielkiej sztuki czyli mężczyzn. Oczywiście w mniemaniu ówczesnych ludzi, a decydowali mężczyźni.

Ciekawą postacią jest także nasza rodaczka, Maria Szymanowska, kompozytorka i niezwykle utalentowana pianistka, która żyła w latach 1789-1831. Ciekawostką może być fakt, że była teściową Adama Mickiewicza. Regularną naukę muzyki rozpoczęła w wieku 8 lat, ale ponoć już wcześniej wykazywała uzdolnienia, z powodzeniem improwizując na szpinecie i klawikordzie. I to jeszcze zanim poznała nuty. Przez dom rodzinny Marii - wówczas noszącej nazwisko rodowe Wołowska - przewijała się śmietanka towarzyska, w której nie zabrakło takich postaci jak Józef Elsner czy Karol Kurpiński. Rok 1810 to czas pierwszej podróży zagranicznej do Paryża. Tam Maria uzyskała uznanie Cherubiniego, dyrektora Konserwatorium Paryskiego, który zadedykował pianistce swoją "Fantazję". Po powrocie do kraju Maria założyła rodzinę. Wyszła za mąż za Józefa Szymanowskiego, jednak małżeństwo nie przetrwało zbyt długo. Maria rozstała się z mężem i poświęciła się karierze wirtuozowskiej. Ponad roczne tournée przyniosło jej nie tylko uznanie i zaowocowało licznymi kontaktami ze znaczącymi postaciami świata artystycznego. Otrzymała także arcyciekawy tytuł "Pierwszej fortepianistki Ich Wysokości Carycy Elżbiety Aleksandrówny i Marii Fiedorówny" i to od samego cara Aleksandra!

Pośród współczesnych kompozytorek wyróżnia się natomiast m.in. Ethel Smyth. Ta kobieta z pewnością nie bała się wsadzania kija w mrowisko. Świadczyć może o tym choćby fakt, że jeden ze swoich esejów rozpoczęła od przywołania następującej historyjki: "Istnieje legenda mówiąca o tym, jak pewnego popołudnia Adam spał, a Ewa, z nudów, wycięła otwory w trzcinie i zaczęła „wydobywać dźwięki”. Adam obudził się i wrzasnął: Przestań hałasować!, za chwilę zaś dodał: poza tym, jeśli ktokolwiek miałby to robić to nie ty ale ja". Tyle legendy. Ethel Smyth musiała mierzyć się z niechęcią społeczną od samego początku. A ściślej mówiąc, postanowiła uparcie kroczyć muzyczną drogą, wbrew niechęci ze strony ojca. I tak zapisała się w historii nie tylko tym, że dołączyła do grona kompozytorek, ale także tym, że jako jedna z pierwszych kobiet zajmowała się krytyką muzyczną, a także dyrygowaniem. Oczywiście z naszego dzisiejszego punktu widzenia, sprawa jest banalna. Kobieta wyrażająca swoje poglądy lub kobieta stojąca za pulpitem dyrygenckim dziś już nikogo nie dziwi. A jednak Ethel Smyth, której przyszło żyć w niespokojnych czasach (lata 1858-1944), dostąpiła zaszczytu poprowadzenia orkiestry opery berlińskiej... wyłącznie dlatego, że dyrygent okazał się niedysponowany! Z drugiej strony na tym etapie historii muzyki, kobieta śmiało tworząca opery czy inne dzieła przeznaczone na sporą obsadę wykonawczą, już nie była takim zaskoczeniem. Zaskoczeniem mogła być co najwyżej śmiała działalność Smyth na rzecz sytuacji kobiet, praw do głosowania etc. O tym może jednak innym razem...

Niełatwa była droga pań do uwolnienia swoich twórczych możliwości. Nawet dziś trudno ocenić walory ich dorobku kompozytorskiego, ponieważ przez wieki nie mogły pisać co i jak chciały. Nie mogły też mierzyć się z recenzjami pozbawionymi uprzedzeń względem płci żeńskiej, które pozwoliłby rozwijać się i dojrzewać artystycznie. Zresztą już na etapie dostępu do edukacji różnice w postrzeganiu płci dawały o sobie znać. Tym większy więc pokłon dla pań, które na przekór całemu światu pisały. Warto zadać sobie odrobinę trudu, żeby spróbować odszukać nagrania dzieł, będących świadectwem żeńskiego pierwiastka w historii muzyki. Odszukać i sprawdzić czy aby w tym prostych formach, gatunkach, w skromnych miniaturach, nie kryje się czasem sporo wartościowej muzyki.
2018-02-18, 21:52

Podróż w czasie. Na zaproszenie Radia Opole zespół SBB zagrał w Filharmonii Opolskiej w 40. rocznicę nagrania płyty "Welcome"

Koncert SBB w Filharmonii Opolskiej [fot. Marek Bohdan]
Koncert SBB w Filharmonii Opolskiej [fot. Marek Bohdan]
To był magiczny wieczór dla fanów polskiego rocka. Grupa SBB w oryginalnym składzie zagrała w Opolu najważniejsze kompozycje wydanej 40 lat temu płyty "Welcome". Krótki rzut oka na publiczność nie pozostawiał wątpliwości. W Filharmonii Opolskiej pojawili się wszyscy, którzy pamiętają lata największej świetności legendarnego tria.

Fenomenu SBB nie można oceniać tylko w kategoriach muzycznych. Koncerty i płyty w latach 70. były przeżyciem wspólnotowym, które dzisiaj już niestety zanika w dobie nieograniczonego strumieniowania muzyki i indywidualnej konsumpcji sztuki z urządzeń mobilnych. Tego wieczoru można było poczuć tęsknotę za czasami młodości. Nawet Józef Skrzek w pewnym momencie podziękował publiczności podkreślając, z uśmiechem, że wciąż jesteśmy "piękni i młodzi".

Zespoły pokroju SBB łapią dzisiaj drugi oddech i nadrabiają zaległości sprzed lat. Przygotowują kolekcjonerskie, wzbogacone wersje swoich starych płyt, filmują i wydają koncertowe DVD, grają koncerty rocznicowe. Wciąż chcą dzielić się swoimi najważniejszymi utworami, które powstały wprawdzie kiedy mieli dwadzieścia lat, ale są kamieniami milowymi rozwoju polskiej muzyki i tego nikt im nie odbierze.

Co więcej, w przygnębiającej rzeczywistości lat 70., takie zespoły jak SBB były dla nas powodem do dumy, bo ich muzyka i artystyczna otoczka niczym nie ustępowała dokonaniom zachodnich artystów. Pamiętam, że mając kilka lat, po raz pierwszy zobaczyłem okładkę "Welcome". Obraz głowy unoszonej na skrzydłach, na ciemnoniebieskim tle był tak sugestywny, że pozostał w pamięci na długie lata.

Płyta weszła do żelaznego kanonu polskiego rocka i w opinii fanów, stanowi apogeum twórczości SBB. Józef Skrzek, Apostolis Anthimos i Jerzy Piotrowski sięgnęli jeszcze raz po ten historyczny, zaśpiewany po angielsku album.

W tym samym miejscu zapowiadałem, że opolska publiczność będzie miała niepowtarzalną okazję przeżyć szczególną podróż w czasie. 13 marca w sali Filharmonii Opolskiej, wehikuł czasu SBB przeniósł nas na ponad dwie godziny do 1978 roku, kiedy w Radiu Opole powstała płyta "Welcome". Dziękujemy!


2018-02-14, 00:00

Zawsze black & white?

fortepian © [fot. Małgorzata Ślusarczyk]
fortepian © [fot. Małgorzata Ślusarczyk]
Muzyka rozrywkowa to ocean niewyczerpanych możliwości. Przez lata wiedzę o tzw. rozrywce zdobywało się przez doświadczenia brzmieniowe, udziały w koncertach, dyskusje. Do niedawna nie było szkół (takich formalnych, systemowych, ze świadectwami i indeksami). Dlatego ludzie siedzący w rozrywce, są chodzącymi leksykonami. Szacun! Bez cienia złośliwości.

A czy koledzy-rozrywkowcy mogą to samo powiedzieć o klasykach? Oczywiście mam na myśli umowny podział wypływający wyłącznie z ilości czasu i energii poświęconych jednej z muzycznych osi, bo klasycy sięgają po rozrywkę i odwrotnie.

Czy wydaje Wam się, że studia podczas koncertów, podążanie śladami ikon, zabawy z przekraczaniem granic i wyścig w poszukiwaniu nowych brzmień to wynalazek XX wieku? Świat klasyki (dawniej będący rozrywką swoich czasów) zna takie numery odkąd trwa ludzkość. I kto tu jest oryginalny?

Poza tym jeśli powszechnym szacunkiem cieszy się ten, który zna trendy od początku XX wieku....to czemu traktuje się jak ograniczonego kogoś, kto musi jednocześnie tkwić w teraźniejszości życia muzycznego, a w dodatku mieć w głowie przekrój przez co najmniej kilkanaście stuleci? To, że jeszcze w pakiecie radzi sobie zwyczajowo z co najmniej jednym instrumentem, potraktujmy jako nic nie znaczący bonus.

Wcale nie chodzi jednak o udowadnianie wyższości jednych nad drugimi i wojnę stylów. To tylko dzwoneczek nawołujący do refleksji, że świat muzyki nie lubi generalizacji. Czarno-białe, to są klawisze w fortepianie. Chociaż Skriabin z pewnością miałby inne zdanie...
2018-02-02, 12:27

Trio Girls On Fire w eliminacjach do festiwalu Eurowizja 2018

Girls On Fire
Girls On Fire
Trzymamy kciuki za dziewczyny z Girls On Fire, które walczą o udział w Eurowizji 2018. Ich konkursowy utwór „Break the Walls” niesie ważne, pojednawcze przesłanie:
- Jesteśmy coraz bardziej zabiegani, nerwowi. Budujemy jeszcze więcej zamkniętych osiedli. Inność, różnorodność zamiast nas ciekawić, inspirować, wyzwala obawy i lęki, a świat coraz bardziej przypomina ponure wizje futurystyczne – tłumaczą wokalistki z Girls on Fire. Chcemy jednoczyć Polaków do wspólnego działania - dodają.

Zespół tworzą: Marta Dzwonkowska (pochodząca z Opola), Joanna Cholewa oraz Monika Wiśniowska-Basel. Utalentowane przyjaciółki są związane z wrocławskim środowiskiem muzycznym i teatralnym. Rozpoznawalność przyniósł im utwór „Siła kobiet”, który był często grany w Radiu Opole. Wystawiliśmy im wtedy bardzo wysokie oceny i przewidzieliśmy, że kariera będzie nabierała tempa.

Kiedy dowiedziały się, że hasłem 63. edycji Eurowizji będzie „All aboard”, czyli „Wszyscy na pokład”, postanowiły z pomocą Kamila Barańskiego (pianisty Maryli Rodowicz) napisać utwór „Break the Walls” i zgłosić go do konkursu. - Muzyka ma moc dotarcia, chcemy więc wykorzystać tę okazję do próby zjednoczenia ludzi, choćby w skromnym wymiarze – mówi Marta Dzwonkowska.

Finaliści eurowizyjnych selekcji zostaną ujawnieni najpóźniej 6 lutego 2018 roku. Uczestników wybierze komisja jurorska, powołana przez TVP. W finale eliminacji zmierzy się od pięciu do dziesięciu artystów. O tym, kto wygra krajowe eliminacje do Eurowizji 2018, zdecydują telewidzowie oraz jury, którego skład zostanie dopiero ujawniony.
2018-01-13, 14:53

Podsumowanie roku: "A Polish Kaleidoscope 2" czyli muzyczna zabawka dla ambitnych i ciekawych świata

Okładka płyty "A Polish Kaleidoscope 2" [fot. http://ravelduo.pl]
Okładka płyty "A Polish Kaleidoscope 2" [fot. http://ravelduo.pl]
Kalejdoskop to zmyślna zabawka, ale też swoiste zestawienie różnorodnych obrazów czy wrażeń. Wyśmienity polskich duet fortepianowy, który ma opolskie korzenie, proponuje nam już drugi zestaw niezwykłych obrazów dźwiękowych rodem z Polski. Muzyczna pocztówka wysłana w świat w minionym roku (2017) przedstawia nie tylko unikatową literaturę muzyczną, bo napisaną na duet fortepianowy czyli zestaw wciąż mało popularny, przynajmniej w zestawieniu z innymi duetami instrumentalnymi. Przede wszystkim jednak to muzyczne świadectwo polskiego dorobku kompozytorskiego czasów najnowszych. O ile jednak pierwsza płyta z serii "A Polish Kaleidoscope" prezentowała utwory grane na cztery ręce, o tyle tym razem możemy doświadczyć subtelności i potęgi dwóch fortepianów - brzmiących jak jeden instrument o stu odcieniach. Co najmniej stu!

"A Polish Kaleidoscope 2" to także kolejna płyta Ravel Piano Duo przedstawiająca muzykę zapomnianą, nieznaną, odkrywaną na nowo, a dla wielu - po raz pierwszy w życiu. To nie tylko zestaw utworów pokazujących piękno polskiej muzyki współczesnej i głębię brzmienia fortepianów, głaskanych przez dwie pary, niezwykle sprawnych technicznie dłoni. Jeśli gdzieś może łączyć się siła z subtelnością i precyzja z dodatkiem niezwykłej muzykalności i intuicji muzycznej, to właśnie w dźwiękach zapisanych na tej płycie. Dodatkową wartością tego typu wydawnictw jest także książeczka, zawierająca krótki komentarz do każdego z utworów.

Już od pierwszego utworu powstaje wrażenie, że to kalejdoskop w kalejdoskopie, a co najmniej zestaw zadziwiających witraży zamkniętych w niepozornym opakowaniu. Jeśli ktoś spodziewa się muzyki "łatwej, lekkiej i przyjemnej", to będzie musiał pozostać przy Mozarcie i "innych chłopakach", choć mówi się, że muzyka "łatwa" nie istnieje. Muzyka prezentowana na płycie jest wymagająca - przede wszystkim otwartości i pewnego zasłuchania. Ma w sobie sporo głębi, choć lekkości też nie można jej odmówić. Nie jest to jednak lekkość naiwna, a jednak sporo w tych utworach momentów błyskotliwych i promiennych. Ta muzyka wymaga pewnego przygotowania i stopnia wrażliwości muzycznej, potrafi się jednak odpłacić oceanem doznań. Płyta pań z Ravel Piano Duo pokazuje, że warto więc dać szansę - zarówno sobie, jak i muzyce, o której zwykło się mówić, że jest obca, nieprzystępna i niezrozumiała. A może właśnie dlatego wydaje się obca, bo daliśmy to sobie wmówić, zaś do niedawna mało komu chciało się szperać w archiwach nutowych? Szczęśliwie ostatnie lata przynoszą coraz więcej pozytywnych owoców. Jednym z nich jest "A Polish Kaleidoscope 2".

Pozostawiając wrażenia akustyczno-estetyczne (bo o doznaniach brzmieniowych naprawdę można by pisać sporo, tylko po co?), omawiany krążek to także (a może przede wszystkim!) panorama polskiej szkoły kompozytorskiej i historia muzyki rodzimej w wersji dźwiękowej zarazem. Można pisać wiele książek i rozpraw na temat różnorodności kierunków, gatunków i trendów w podejściu do muzyki XX wieku. Żadne książki nie oddadzą jednak wrażeń dźwiękowych wywołanych mozaiką użytych środków, pieczołowicie i z pasją zrealizowanych przez doceniany na całym świecie duet pianistek tworzących Ravel Piano Duo. Jeśli mielibyśmy wskazywać ambasadorów polskiej muzyki niedocenianej, to z pewnością są nimi właśnie Agnieszka Kozło i Katarzyna Ewa Sokołowska. Tym większa duma i radość, że obie panie są absolwentkami opolskiej szkoły muzycznej, a ich talent pianistyczny i pedagogiczny można rokrocznie podziwiać także w trakcie Międzynarodowych Kursów Muzycznych w Opolu. W międzyczasie warto natomiast odkrywać uroki polskiej muzyki w domowym zaciszu, z płytami tego uroczego duetu w odtwarzaczu. Moc muzycznych doznań - gwarantowana!
2018-01-05, 12:30

Podsumowanie roku: opolska grupa Sen kieruje się zdecydowanie "W dobrą stronę"

Sen - W dobrą stronę
Sen - W dobrą stronę
Do najciekawszych płyt minionego roku, nagranych przez wykonawców wywodzących się z Opolszczyzny, zaliczyłbym album „W dobrą stronę” zespołu Sen. Ten debiutancki krążek zawiera 12 autorskich kompozycji. Kiedy muzycy wybrali utwory singlowe do promocji, nie miałem wątpliwości, że warto promować tę grupę również w Radiu Opole.

Nie są nowicjuszami i mają za sobą doświadczenia sceniczne zdobyte u boku gwiazd polskiego rocka. Sen powstał w maju 2014 roku z inicjatywy trzech przyjaciół: Waldka Orłowskiego (gitara, wcześniej w zespole Patrycji Markowskiej), Wojtka Sitnika (perkusja, ex-Ewelina Lisowska) i wokalisty Pawła Kwaśnego. W 2015 do zespołu dołączyli: basista Paweł Mrocheń i Marcin "Joseph" Bracichowicz.

Zadebiutowali singlem "Nad ranem", w którym pobrzmiewają echa zauroczenia ostatnimi dokonaniami Kings Of Leon. Piosenka zagościła na playlistach regionalnych oraz ogólnopolskich rozgłośni radiowych. Zainteresowanie dziennikarzy muzycznych zmotywowało grupę do dalszej twórczości i kolejnych decyzji promocyjnych. Wystąpili miedzy innymi w koncercie debiutantów podczas 54. KFPP w Opolu i zostali gorąco przyjęci przez opolską publiczność.

Grają muzykę rockową z gęstymi gitarami i dynamiczną sekcją. Brzmienie zostało wzbogacone o sporo przestrzeni, którą często słyszymy w nowoczesnych, światowych produkcjach. Muzycy starają się połączyć ten rockowy temperament z melodiami, które będą przepustką do stacji radiowych. Nie robią nic na siłę. Wychodzi im to bardzo naturalnie. Wierzę, że debiut jest dopiero początkiem drogi na listy przebojów.

Warto dodać, że zespół mocno pracuje nad tym, by się pokazać. W 2016 wystąpił jako support przed: grupą LemOn, Dawidem Podsiadło, Urszulą, Natalią Szroeder, Rafałem Brzozowskim i Kamilem Bednarkiem.
Sen, KFPP
2017-12-20, 12:26

Podsumowanie roku: Maria Ołdak i Tomasz Pokrzywiński w "(Nie)zapomnianych melodiach". Dźwięki przeszłości, które dostały nowe życie

Okładka płyty "(nie)zapomniana melodia" [fot. materiały Towarzystwa Muzycznego w Opolu]
Okładka płyty "(nie)zapomniana melodia" [fot. materiały Towarzystwa Muzycznego w Opolu]
Piosenki koncentrujące się wokół niełatwego czasu lat 30. i 40. ubiegłego wieku, przez dwoje muzyków "bezczelnie pozbawione tekstu i własnoręcznie zaaranżowane na skrzypce i wiolonczelę" - jak sami twierdzą - to materiał, który ukazał się jesienią tego roku nakładem Towarzystwa Muzycznego w Opolu. Płyta jest efektem muzycznej przyjaźni Marii Ołdak (skrzypce) i Tomasza Pokrzywińskiego (wiolonczela).

- Jako dwie muzyczne i od lat bardzo przyjaźniące się dusze robimy, co możemy, żeby w życiach naszych i naszego otoczenia nie zabrakło dźwięków i inspiracji - piszą o swojej działalności artyści. - A to coś zagramy, a to coś zaaranżujemy, a to coś zorganizujemy, napiszemy, o czymś muzycznym opowiemy. Najchętniej zaś dłubiemy w przeszłości – w melodiach, których siła i piękno dostarczały wzruszeń i dodawały sił wielu pokoleniom, patrzącym na ten świat na długo przed naszą na tej planecie obecnością.

W nagraniu biorą udział nie tylko wspomniani muzycy. Zgodnie z opisem z płyty "w pozostałych rolach" występują m.in. Azor, Fafik i Burek - czyli 3 psy, których odgłosy zakłócały nagranie. Jak przyznaje Maria Ołdak, udział niektórych dźwięków, jak przejeżdżający pociąg czy szczekanie psów, nie był specjalnie planowany. Kiedy jednak dźwięki te mimowolnie towarzyszyły w trakcie sesji nagraniowej, przyszła do głowy myśl, że w warunkach powstańczych koncerty i nagrania wcale nie odbywały się w sterylnych akustycznie warunkach. Takie efekty w istocie nadają płycie autentyczności i dźwiękowej namiastki minionych czasów. Wrażenia potęgują także wplecione w nagrania autentyczne nagrania odgłosów wojny i inne dźwiękowe efekty, których nie warto zdradzać przedwcześnie.

Jak twierdzą muzycy, ich marzeniem było "przekazanie trwałej muzycznej pamiątki nie tylko żyjącym wciąż powstańcom i wszystkim tym, którym serca biją szybciej na dźwięk melodii z dawnych lat, ale i duszom, które do tej pory z melodiami okołowojennymi zetknąć się nie miały okazji". Z tego marzenia zrodziła się "(Nie)zapomniana melodia" – płyta zawierająca 14 piosenek, budujących historię. Zaczyna się bowiem pogodnie. Stopniowo emocje narastają, by w połowie płyty nastąpił punkt kulminacyjny, w którym jest najwięcej wojennej zawieruchy. Im bliżej finału - tym więcej spokoju, jakby powracała nadzieja. Zresztą płytę zamyka aranżacja piosenki "Już nie zapomnisz mnie". A więc (nie)zapomnienie.

Dodatkową ciekawostką jest graficzne opracowanie płyty. Tło stanowi skan starych kartek z bloku rysunkowego Marii - kartek, po których widać upływ czasu. Widać też skany autentycznych ogłoszeń sprzed 1945 roku. Niektóre tytuły nawiązują do innych projektów Towarzystwa Muzycznego (w tym Muzycyny, realizowanej wspólnie z Januszem Stasiakiem). Na każdym kroku można odkryć jakieś ukryte tropy, przemycone znaki. Na okładce umieszczone zostało zdjęcie Kawiarni "U aktorek" (udostępnione przez Muzeum Powstania Warszawskiego), która przed wojną tętniła życiem artystycznym, a w trakcie powstania została zniszczona. W środku możemy odnaleźć natomiast skan ogłoszenia o otwarciu tego obiektu. To jeden z wielu przykładów przeplatania się historii, na którą wpływały działania wojenne. Historii pełnej życia, choć zawieszonej gdzieś w czasoprzestrzeni.

"(Nie)zapomniana melodia" nie jest typową płytą z piosenkami czasów okołowojennych. To raczej dźwiękowa pocztówka, łącząca historię i coś nieuchwytnego z teraźniejszością i światem bardziej namacalnym. Biorąc pod uwagę przeplatanie się oryginalnych aranżacji z dźwiękowymi "duchami przeszłości", można by się pokusić nawet o określenie tej produkcji spektaklem dźwiękowym. Tym bardziej, że prócz skrzypiec, wiolonczeli i efektów dźwiękowych, występują także: mandolina, dzwonki, gwizdek i głos. W niektórych utworach jawi się się nam wręcz kawiarniany klimat, a z gwaru wyłania się rozmowa. Tak przynajmniej się wydaje. Nie są to jednak przypadkowe rozmowy, lecz niebanalne teksty. Pojawiają się tu fragmenty historii Andrzeja Panufnika i Witolda Lutosławskiego - kompozytorów, którzy koncertowali w duecie fortepianowym i którym udało się uniknąć wywózki na Pawiak. Jest też wątek z biografii Eugenii Umińskiej (wybitnej skrzypaczki i pedagoga), która organizowała tajne koncerty w czasie Powstania Warszawskiego. Zresztą nazwiska tych osób pojawiają się także w mozaice gazetowych wycinków, skrytych na opakowaniu, tuż pod płytą.

Spytacie jak określić gatunkowo tę płytę? Jest to klasyka i muzyka autentyczna. Nie pasuje jednak do kategorii "poważna", a co najwyżej zadumana. To unikatowe wydawnictwo, obok którego nie da się przejść obojętnie i które z każdym kolejnym odsłuchaniem, przynosi nowe, zaskakujące odkrycia i doznania dźwiękowe. Na swój sposób to lekcja historii zamknięta między nutami, choć tak naprawdę to zbiór nut, które otwierają album nieznanych zakamarków historii i wyobraźni.
1234567
Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. Dowiedz się więcej »