Radio Opole » Muzyka

Felietony muzyczne

2018-08-13, 11:48

Daj szansę sobie i muzyce... czyli rzecz o doświadczaniu muzyki

kontrabas © [fot. Małgorzata Ślusarczyk]
kontrabas © [fot. Małgorzata Ślusarczyk]
Czy da się zrozumieć klasyczną muzykę współczesną? Pewnie się da, ale czy zawsze jest to konieczne? Na to pytanie nie umiem Wam odpowiedzieć, bo to sprawa dość złożona i indywidualna. Natomiast z całą pewnością genialną sprawą jest móc jej doświadczyć. I czasami potrzeba tylko jednego koncertu, żeby zrozumieć, że tzw. współczecha może być bardziej doświadczeniem dźwiękowym niż muzyką do słuchania - w tradycyjnym i najbardziej oczywistym dla nas rozumieniu tego słowa. Co jakiś czas przekonuję Słuchaczy o różnorodności muzyki współczesnej, bo w istocie tak jest. Niby czemu mielibyśmy odrzucać wszystko co po romantyzmie, skoro muzyka XX czy nawet XXI wieku ma wiele odcieni, włącznie z różnymi neo-nawiązaniami do epok minionych (neoromantyzm, neoklasycyzm etc.). Ale co z tym obszarem muzyki współczesnej, któremu z melodią i znajomą nam harmonią nie zawsze po drodze?

Niedawno, będąc na koncercie polskiej muzyki współczesnej, doświadczyłam dźwiękowych wrażeń, które przyniosły zupełnie nowe spojrzenie i nowe refleksje. I jednoczesnie odpowiedź na postawione przed chwilą pytanie, bo tym razem chodzi właśnie o typowe utwory określane jako "muzyka trudna". Wbrew pozorom ta muzyka, przez samych artystów zapowiadana jako "trudna", wcale taką nie była. A stało się tak z kilku powodów. Genialni wykonawcy to raz, bo wspaniały muzyk o bogatej wyobraźni muzycznej z pewnością łatwiej przekona słuchacza niż ktoś kto sprawia wrażenie toczącego walkę z oporna materią. Świetny dobór i układ programu - to drugi powód, a uwierzcie mi, że konstruowanie programów to wielka sztuka i niekiedy wręcz połowa sukcesu! Wreszcie najważniejsze: akustyka jednego z opolskich kościołów. Powiedzmy sobie szczerze: dla wykonawców taki pogłos mógł być koszmarem, zwłaszcza w przypadku fragmentów bardziej żywiołowych. Z perspektywy słuchacza pozwoliło to natomiast rozkoszować się dźwiękami bogatymi w alikwoty, dźwiękami wzbogaconymi licznymi odbiciami. Nakładanie się dźwięków, barw, fal dźwiękowych o (siłą rzeczy!) różnej dynamice i właśnie wzmocnione dzięki akustyce niuanse dynamiczne. To wszystko sprawiało niesamowite wrażenie, dodatkowo spotęgowane, gdy choć na chwilę zamknęło się oczy. I wiecie co? O dziwo wcale nie trzeba było doszukiwać się melodii i brzmień wygodnych dla ucha, a przecież w jakimś sensie schematycznych.

W tej dźwiękowej otulinie przyszła jeszcze jedna refleksja: takie momenty bezwzględnie trzeba przeżyć na żywo. Nie da się doświadczyć takich dźwiękowych wrażeń słuchając płyty. To jest też odpowiedź dlaczego tak trudno jest muzykę współczesną przedstawiać w radiu. Oczywiście dotyczy to tylko części utworów i zawsze trzeba próbować, choćby przedstawiając zaledwie fragmenty dzieł. Tego zresztą zamierzam się trzymać. Warto natomiast samemu spróbować i doświadczyć muzyki pozornie niezrozumiałej i nieprzystępnej, poznać ją w bezpośrednim kontakcie. Zamknąć oczy i dać się porwać. Jeśli nie dziś, to następnym razem. Jeśli nie ten koncert to może inny, w innym czasie i innych okolicznościach. Warto dać szansę: sobie i muzyce.

Ja dałam sobie taką szansę i choć temat akustyki intryguje mnie odkąd pamiętam, w tamtej, koncertowej chwili, zdałam sobie sprawę, jak wielką wagę w doświadczeniu muzyki nieznanej i pozornie nieprzystępnej, może mieć akustyka...
2018-08-03, 14:19

Jedna z najciekawszych, młodych grup metalowych zagra jesienią w Radiu Opole. Internal Quiet chce wydać płytę live

WhenTheRainComesDown-okładka
WhenTheRainComesDown-okładka
To nie są łatwe czasy dla zespołów metalowych. Masowa publiczność już dawno uciekła od rocka do brzmień popowych i tanecznych. Jednak przykład światowych gwiazd metalu jest wciąż kuszący dla nowych zespołów, które marzą o pełnych stadionach. Metalowi towarzyszy typowa stylistyka. Powinny być - jak krytycy mówili o klimacie Black Sabbath – „doom and gloom”, czyli zagłada i mrok. Kwintesencja metalu, którą realizuje również Internal Quiet.

Mówią o sobie, że grają konceptualną muzykę będącą wypadkową hard’n’heavy, progressive i power. Spośród innych kapel, wyróżnia ich podejście do tworzenia, grania koncertów, logistyki, promocji, jak i samych fanów.

Lider Sławomir Papis przyznaje, że chcą utrzymać ducha lat osiemdziesiątych, aby było tak, jak kiedyś, kiedy to zespoły grały konkretne trasy koncertowe i liczyło się profesjonalne podejście.

Muzycznie, na płycie „When The Rain Comes Down” z 2016 roku, znajdziemy odniesienia do klasyki metalu z dużym poszanowaniem dla wszystkich nurtów metalowych, które narodziły się w ostatnich 40 latach. Słychać też ambicje progresywne w strukturze kompozycji i odważne zastosowanie obrazowych efektów brzmieniowych, jak np. szum deszczu.

Zespół Internal Quiet hołduje staremu stylowi pracy zespołów: stawia na kontakt z publicznością w czasie koncertów. Jesienią planuje trzydzieści koncertów. Wcześniej grali już trasę z zespołem Turbo i zostali tak dobrze przyjęci, że teraz wracają w kilka miejsc.

- Spotkaliśmy się tam wówczas z bardzo dobrym przyjęciem ze strony publiczności i klubów. Wiem, że podczas bookingu tegorocznych koncertów promotorzy cieszą się, że zagramy ponownie właśnie u nich. Nikt z rodzimych młodych zespołów w stylistyce hard’n’heavy nie gra tras koncertowych, kapele nie idą tak daleko – podkreśla Sławomir Papis.

Radio Opole ma doskonałe warunki do organizowania koncertów, dla takich składów jak Internal Quiet. Dlatego już jesienią, kilkadziesiąt osób w Studiu M będzie miało okazję posłuchać tego zespołu na żywo. Zespół planuje wydać ten materiał w oczekiwaniu na kolejny studyjny album.

Koncert może być wydarzeniem, bo zespół Internal Quiet poważnie podchodzi do tematu. Długo pracował nad stworzeniem właściwej setlisty, która częściowo zachowuje kolejność nagrań z płyty i utrzymuje dynamikę koncertu na właściwym poziomie.

- Ilość energii zgromadzonej w nas samych, w sposób naturalny przekłada się na jakość i dramaturgię koncertów – zapowiadają muzycy Internal Quiet.
2018-07-24, 11:28

Kompakty słabo się sprzedają. Handel może zatrzymać trend, pod jednym warunkiem

fot. pixabay.com
fot. pixabay.com
Płyty cd się już nie sprzedają, takie stwierdzenie słychać dzisiaj z ust wszystkich uczestników rynku muzycznego. Powtarzają to: wykonawcy, wydawcy, menedżerowie i na końcu słuchacze. Brzmi trochę jak samospełniająca się przepowiednia. Nie sprzedają się, trudno, szukajmy innego sposobu zarabiania. Tak też się dzieje, artyści stawiają bardziej na koncerty i kontakt z fanami w sieci. Wytwórnie wciąż cenią media, będące mocnym kanałem promocji.

Płyta kompaktowa jako nośnik już dosyć stary (premiera formatu odbyła się w pierwszej połowie lat 80.), ma prawo odchodzić do lamusa, szczególnie w obliczu silnej konkurencji w postaci muzyki strumieniowanej w Internecie. To nie podlega dyskusji. Uważam jednak, że za fatalne wyniki sprzedaży płyt cd jest odpowiedzialne – niechlujstwo i „tumiwisizm” handlu. Podam przykład.

Każdy dzisiaj ma dzisiaj możliwość zakupów online. Jednak czasami ma się ochotę wybrać do jakiegoś tradycyjnego salonu sprzedaży płyt i pogrzebać w tak zwanym „back catalogue”, czyli zbiorze najważniejszych dzieł artysty. Dla kaprysu kupiłbym płytę ulubionego wykonawcy, której nie mam jeszcze na półce. Niestety z takich poszukiwań wychodzę najczęściej zawiedziony.

Ostatnio trafiłem do dużego opolskiego salonu, który handluje jeszcze płytami. Sprawdzam rubrykę „AC/DC” – pusto, sprawdzam przedział „The Rolling Stones” – dwa tytuły: nowość i jedna stara składanka, sprawdzam kanon klasycznego rocka, braki w podstawowych wykonawcach. O co chodzi? Płyty chaotycznie porozrzucane po kategoriach gatunkowych. Przypadkowość i mizeria. Klienci, których obserwuję kątem oka, też przechodzą ze zrezygnowaniem obok regałów.

Taki obraz wyłania się z wielkopowierzchniowego handlu dorobkiem kultury ostatniego półwiecza. Nie ma się co spodziewać, że w taki sposób zdobędziemy kolejnych osłuchanych miłośników muzyki. Prawda, każda płyta jest na YouTube, ale wielu klientów, nawet tych młodych, szuka czegoś więcej. Nośnika, który można postawić na półce i delektować się muzyką najwyższej jakości. Niestety, wielkiemu handlowi nie zależy na tym, aby rzetelnie podejść do tematu. Z kolei małe sklepy muzyczne znikają z miast całego świata, bo nie są w stanie się utrzymać.

Zmiany w sposobie konsumpcji muzyki są nieodwracalne i z tym nie można dyskutować. Proponuję jednak szefom wytwórni płytowych, którzy narzekają na spadającą sprzedaż płyt, wybrać się do najbliższego salonu multimedialnego i spróbować znaleźć najważniejsze płyty ostatnich dekad. Zadanie trudne i prawie niewykonalne. Jeśli przemysł muzyczny, chce odroczyć zmierzch płyty kompaktowej, powinien przyjrzeć się, z jaką niefrasobliwością handel traktuje fizyczne nośniki. Może lepsza współpraca spowoduje, że klasyka będzie zawsze dostępna i fachowo wyeksponowana. Przecież to od niej wszystko w muzyce się zaczyna, niezależnie czy to J.S.Bach, czy AC/DC.
2018-06-29, 14:33

Autograf artysty

Fragment autografu ze zbiorów własnych © [fot. Małgorzata Ślusarczyk]
Fragment autografu ze zbiorów własnych © [fot. Małgorzata Ślusarczyk]
"Tradycja zbierania autografów niestety dziś już zanika". To zdanie Barbary Hortyńskiej, dyrektora artystycznego Festiwalu "Muzyczne Święto Kwitnących Azalii" w Mosznej, nie daje mi spokoju. Nie wiem jak to wygląda w świecie rozrywki i pewnie zależy od grupy wiekowej, ale w świecie klasyki coś jest na rzeczy. Czy kiedyś zbieranie autografów sprawiało ludziom większą radość? Dla mnie przez wiele lat był to istny rytuał. Kolekcjonowanie podpisów najwybitniejszych muzyków w specjalnym albumie czasem wymykało się spod kontroli i przybierały bardziej spontaniczne formy. Zdarzało się polowania na plakat koncertu, na którym swoje podpisy składali artyści. Koniecznie komplet solistów (co było pewnym wyzwaniem, gdy solistów było kilku i każdego trzeba było łapać osobno).

Kiedy po latach przerwy zaczęłam znów regularniej bywać na koncertach, powrócił dawny bakcyl, choć oczywiście w tak zwanym międzyczasie zdarzało mi się zgarnąć parę podpisów. I to na różnych nośnikach - od kawałków przypadkowych kartek przez płyty, programy koncertowe po nuty i kartki z pytaniami pomocniczymi do wywiadu. Tak zupełnie spontanicznie. No właśnie.... podpisów. Autograf to nie tylko sam podpis, choć odręcznie zapisane imię i nazwisko przez artystę światowej sławy już staje się bezcenną pamiątką. Są jednak takie sławy, które chętnie dopisują parę dodatkowych słów, czasem pozostawiają rysunki (jak trąbka na załączonym obrazku. Tak, to jest trąbka!). I tym sposobem zwykłe "z najlepszymi życzeniami" staje się bardziej indywidualnym przekazem. Czy warto zbierać autografy? Niektórzy patrzą na to jak na sprawę biznesową. "Kiedyś ten podpis będzie wiele warty" mówią. Ale dla osoby, dla której kolekcjonowanie autografów, nawet takie spontaniczne zbieractwo, to ciekawa przygoda, te podpisy stają się bezcenne. A nawet nie tyle same podpisy, co spotkanie, bezpośredni kontakt, spojrzenie w oczy znanej osobie. Stanięcie oko w oko, uśmiech w uśmiech z kimś, kogo się zna z gazet, ekranu telewizora, kina albo z portali mówiącym o wielkim świecie. Każde, choćby w pośpiechu i niedokładnie nakreślone znaki, tworzące autograf, stają się swoistym albumem niezwykłych wspomnień i zdarzeń. A czasem śladem, który uświadamia nam jak blisko wielkiej historii może być zwykły człowiek. Jakiś czas temu zmarła legenda polskiej wiolinistyki, Wanda Wiłkomirska. Kiedy o tym usłyszałam, w jednej chwili przypomniałam sobie, że pozostawiła mi po sobie swój ślad. Byłam zbyt mała, żeby w pełni zdawać sobie sprawę z tego czyjej gry słucham na koncercie. I zbyt mała żeby rozumieć tak naprawdę kim jest ta miła pani w oczach całego świata. Kiedy te parę dni temu uświadomiłam sobie, że jest zeszyt, w którym wielka skrzypaczka zapisała mi kilka słów, pośpiesznie odszukałam ten niepozorny album, otworzyłam go i przeczytałam: "Mojej bardzo młodej koleżance Małgosi na pamiątkę koncertu w Mosznej. Wanda Wiłkomirska".... Pani Wando, dziękuję! A Wam wszystkim, życzę z całego serca takich pięknych wspomnień, nawet jeśli nie zawsze są uświadomione na czas...

PS Autorem uroczych zawijasów na załączonym obrazku jest genialny włoski trębacz Andrea Tofanelli. To oczywiście tylko fragment wpisu, resztę zachowam dla siebie! ;-)
2018-06-19, 10:04

Darmowa platforma wymiany muzyki. Pomysł nowojorczyków może zrewolucjonizować rynek

[fot. Jörg Schreier / flickr.com]
[fot. Jörg Schreier / flickr.com]
Świat muzyki niezależnej powinien pójść w tym kierunku. Powinien pokazać, co ma najlepszego i podzielić się ze wszystkimi, którzy chcą poznawać nowe brzmienia. Internet daje takie wprawdzie możliwości od lat, ale wszędzie gdzie tylko przybywa użytkowników, tam pojawia się pieniądz, reklamy, abonamenty i subskrypcje. Kilkanaście miesięcy temu narodził się pomysł, który być może zrewolucjonizuje muzykę. Niekomercyjna platforma do wymiany i dzielenia się twórczością.

P-e-o-p-l-e.com to rozwojowy projekt grupy artystów (wystartował 6 czerwca w wersji testowej). Narodził się z pragnienia stworzenia niezależnej i przyjaznej przestrzeni, w której muzyka ma charakter współpracy, spontaniczności i ekspresji.

Twórcy platformy "LUDZIE”, bo tak ją nazywają, usunęli wszelkie niepotrzebne przeszkody w dystrybucji muzyki. Patronami i inspiratorami są muzycy amerykańskiej alternatywy, zespołów The National i Bon Iver. W planach mają inicjowanie europejskich warsztatów muzycznych, podczas których będą powstawały nowe kompozycje. Pomysłodawcom zależy przede wszystkim na przełamywaniu granic gatunkowych i stworzeniu przestrzeni wirtualnej, w której muzycy z całego świata będą mogli udostępnić swoje utwory.

Sceptycy mogą powiedzieć, że przecież są już: Soundcloud, YouTube, Spotify, Tidal i inne. Są to jednak produkty w założeniach komercyjnie. Użytkownik musi przebrnąć przez gąszcz reklam, logowań, wyskakujących okienek, poddać się algorytmom i automatycznym podpowiedziom. Owszem, artyści zarabiają na klikalności, ale jeszcze więcej zarabiają same serwisy.

Trudno przewidzieć, czy nowatorska idea nowojorczyków rozwinie się do globalnych rozmiarów, jednak warto jej kibicować. To będzie również kopalnia wartościowej muzyki dla stacji radiowych, szczególnie radia publicznego, które ma miejsce antenowe na promocję muzyki ambitnej i niezależnej.

Internet jako źródło muzyki i informacji jest potężny, ale problem w tym, że jest to informacja rozproszona. Dlatego też siła oddziaływania jest słabsza, bo czasami trudno skutecznie dotrzeć do właściwych odbiorców. Muzycy często nie mają czasu i siły na samodzielnie promowanie. O ile łatwiej będzie umieścić swoje utwory w przestrzeni, którą przeszukują świadomi użytkownicy. Być może szybciej dotrą do poszukiwanych kompozycji poszerzających granice sztuki.

Internet jest demokratyczny, ale wszędzie tam, gdzie robi się ruch, pojawia się chęć komercjalizacji produktu. Miejmy nadzieję, że innowacyjna platforma do dzielenia się muzyki będzie prekursorem zmian w konsumpcji utworów w sieci i takich miejsc powstanie więcej. W ten sposób wartościowe produkcje zostaną pokazane całemu światu. Skorzystamy na tym wszyscy.
2018-06-11, 08:49

Nagroda w "Debiutach" dla Girls On Fire. To również opolski sukces

Girls on Fire otrzymały Opolską Karolinkę, KFPP 2018 [fot. Paweł Stauffer]
Girls on Fire otrzymały Opolską Karolinkę, KFPP 2018 [fot. Paweł Stauffer]
Girls On Fire zdobyły nagrodę imienia Anny Jantar podczas opolskiego festiwalu. To wyróżnienie, które może tylko pomóc w rozwinięciu kariery. Jest wzmocnieniem i argumentem przetargowym w rozmowach o promocji z mediami i organizatorami koncertów.

Każdy artysta czeka na moment przełomu, kiedy po lokalnej, a potem regionalnej sławie przychodzi zainteresowanie ogólnopolskie. Najczęściej bardzo trudno jest to osiągnąć własnymi siłami. Dzisiejsza konkurencja powoduje, że na rynku jest wielu zdolnych wykonawców, a świadomość i poziom wykonawczy wysoki. Stąd mimo potęgi internetu, wciąż wielu wykonawców wierzy w siłę telewizji i festiwalu w Opolu.

Nie inaczej jest w przypadku dziewczyn z Girls On Fire. Kiedy pojawiły się kilkanaście miesięcy temu w Radiu Opole ze swoimi singlami, emanowała z nich radość i entuzjazm. Były przekonane, że przychodzą do nas z dobrym produktem. Teraz zostało to potwierdzone przez nagrodę na 55. KFPP.

Czym jest muzyka GOF? Mieszanka pop, funky, R&B, i kobiecej energii, tak można opisać trio, które w jednej trzeciej (Marta Dzwonkowska) pochodzi z Opola. W Radiu Opole graliśmy ich dwie piosenki: „Siła kobiet” i „Kto da więcej”. Ta pierwsza przywołuje dobre wspomnienia amerykańskich, żeńskich grup R&B z lat 90. w stylu En Vogue. Drugi, to motoryczne i matematycznie precyzyjne funky z charakterystycznym motywem elektro.

Girls on Fire tworzą – jak same o sobie piszą - kobiety z pasją i przyjaciółki. Finalistki III edycji programu X Factor związane ze środowiskiem teatralno-muzycznym Wrocławia, teraz też laureatki koncertu "Debiuty". Piszą, komponują, koncertują po całej Polsce. Wyróżnia je magnetyzm, niepowtarzalne brzmienie i charyzma sceniczna. Łączą w sobie dynamikę, temperament, liryczność i wrażliwość.

Wokalistki przekonują, że ich pierwsza płyta - „Siła kobiet”, która ukazała się w ubiegłym roku to projekt nie tylko o muzyce, sile przyjaźni, determinacji, spełnianiu marzeń, ale także o działaniu na rzecz kobiet.

Nagroda w Opolu, może być ich przepustką do ogólnopolskiej popularności. "To ogromna radość i zaskoczenie wręcz. To był naprawdę fantastyczny koncert i mnóstwo zdolnych ludzi. Bez kokieterii, po prostu jesteśmy mile zaskoczone", powiedziały wokalistki Radiu Opole.
2018-06-05, 09:15

Niezwykły, muzyczny projekt opolskich wokalistek

Mikrofon dynamiczny marki Shure, model 55S z 1951 roku © (fot. Holger.Ellgaard/wikipedia.pl)
Mikrofon dynamiczny marki Shure, model 55S z 1951 roku © (fot. Holger.Ellgaard/wikipedia.pl)
Podczas opolskiego festiwalu dojdzie do niecodziennej współpracy. Pięć wokalistek znanych opolanom z anteny Radia Opole zaśpiewa wspólnie na jednej scenie. W niedzielę (10.06) podczas programu telewizyjnego "Kawiarenka z gwiazdami", prowadzonego przez cenioną dziennikarkę radiową i telewizyjną Marię Szabłowską, nasze śpiewające prezenterki: Basia Beuth, Kamila Dauksz, Sabina 'SAGO', Natalia Kryjom i Magdalena Krzemień 'Meg', wykonają razem piosenkę niespodziankę. Występ będzie transmitowany w TVP Rozrywka o 13:30.

Te utalentowane wokalistki pochodzące z województwa opolskiego, zdobywają popularność w regionie już od kilku lat. Teraz podbijają całą Polskę. Ich muzyczne korzenie znajdziemy w różnych gatunkach, od poezji śpiewanej, przez pop, rocka do nowoczesnego electro-popu. Każda z nich ma na koncie już pierwsze, ważne utwory, które zdobywają coraz liczniejszą publiczność na koncertach i w Internecie.

Na początku tego roku, Radio Opole zaproponowało im współpracę w ramach codziennego programu "Dobre Granie Ekstra". Audycja cieszy się ogromną popularnością, bo nikt tak jak młode artystki nie potrafi opowiadać o blaskach i cieniach estrady. Poza tym, doskonale komunikują się z młodym pokoleniem fanów, działając aktywnie w mediach społecznościowych. Znają showbiznes od podszewki i to jest ich największym atutem.

Kobiece, wspólne wykonania są wyjątkowo ekscytujące, bo między śpiewającymi paniami nawiązuje się szczególna więź. Nie są dla siebie konkurencją, ale wspierają się nawzajem. Szanują swoje dokonania i potrafią cieszyć się muzyką. Przykłady takiej współpracy można mnożyć. Dosłownie kilka dni temu amerykańska wokalistka Pink, promując najnowszą płytę zaprosiła na scenę Gwen Stefani – liderkę zespołu No Doubt i razem zaśpiewały jej wielki przebój „Just A Girl”. Do historii przeszła również wiązanka największych hitów Madonny w wykonaniu jej samej oraz zaproszonych na galę Video Music Awards 2003: Britney Spears, Christiny Aguilery i Missy Elliot. Z kolei ogniste „Proud Mary” można zobaczyć w wykonaniu Tiny Turner i jej „uczennicy” Beyonce.

Śpiewające kobiety potrafią doceniać się nawzajem. Wiedzą, że muzyka jest czymś, co łączy wszystkich fanów. Wykorzystują to kreatywnie i zaskakująco. W niedzielę w ramach imprez towarzyszących 55. KFPP, przekonamy się na opolskim rynku, czym zaskoczą nas młode wokalistki, gospodynie radiowego programu „Dobre Granie Ekstra”.
55.KFPP
2018-05-04, 09:23

Cóż tam, panie, w muzyce? Alternatywa trzyma się mocno!

[fot. Jörg Schreier / flickr.com]
[fot. Jörg Schreier / flickr.com]
Zespół Small Mechanics to reprezentant opolskich eliminacji w tegorocznym koncercie Debiuty KFPP Opole. Propozycje zebrane wcześniej przez Narodowe Centrum Polskiej Piosenki w Opolu dają pewne wyobrażenie jak wygląda dzisiejsza scena młodej muzyki. Gołym uchem słychać, że gatunkowo jest ona zdominowana przez artystów alternatywnych. Dlaczego? Przyczyn jest kilka.

Pokoleniowa zmiana przyzwyczajeń

Muzyka alternatywna ma w ostatnich kilkunastu latach w Polsce dobry czas. Płyty wschodzących wykonawców sprzedają się wprawdzie w niewielkich nakładach, ale dzisiaj zmienił się model biznesowy. Zarabia się na koncertach, obecności w mediach tradycyjnych i cyfrowych. Dobrą robotę wykonują także serwisy muzyczne, wprawdzie całkowicie zautomatyzowane, ale jednak podpowiadają użytkownikom nowych wykonawców, a to już jest szansa dotarcia z przekazem do kolejnych odbiorców. Dlatego nikt, nawet debiutanci, nie lekceważą obecności w Spotify, Apple Music, Pandora, czy Tidal. Właściwie od tego się zaczyna.

Młodzi szukają tego, co nie jest obciachem

Alternatywa wyrasta z tradycji bezkompromisowego podejścia do sztuki. Nie zależy jej na łagodzeniu krawędzi, ale na poszukiwaniu nowych rozwiązań i prowokowaniu do myślenia. To sprawia, że muzyka alternatywna łatwiej wytrzymuje próbę czasu, bo nie ma aż tak sezonowego charakteru jak pop. Ma też węższe grono odbiorców, a zatem bardziej wyjątkowy charakter. Dla młodych ludzi szukających odrębności i swojego stylu było to zawsze pociągające. Trudno się dziwić, że koszulki z logo Kultu, czy podobizną Davida Bowie są manifestacją poglądów i gustu.

Czym skorupka za młodu nasiąknie

Dzisiaj na rynek wchodzą piękni 20-letni. Przyszli na świat kiedy kariery Hey, Edyty Bartosiewicz, Kultu, Myslovitz, T.Love były w pełnym rozkwicie. Było od kogo się uczyć. Lata 2000 były też bogate w przykłady znakomitych produkcji „offowych”: Lao Che, Strachy na Lachy, Happysad, Fisz Emade, by wymienić tylko kilka. Jeśli ma się takie wzorce, to trudno się dziwić, że muzyka alternatywna znowu eksploduje obfitością.

Festiwale też się zmieniają

Nic nie trwa wiecznie. Ewoluują też wszelkiego rodzaju przeglądy muzyczne, jak na przykład festiwale studenckie. Z perspektywy kilkudziesięciu lat widać przeniesienie środka ciężkości z muzyki o zabarwieniu aktorskim i literackim w kierunku alternatywy i jej odcieni (od alt rocka po alternatywny folk). Nikt z szanujących się promotorów nie traktuje już stylów alternatywnych jako dziwactwa garstki outsiderów. To mocny produkt rynkowy, który zapełnia sale klubowe i letnie miejskie plenery.

Fakt, że trudno odnaleźć polską alternatywę w składzie wykonawców telewizyjnych zabaw sylwestrowych. Ale oni nawet do tego nie aspirują, chociaż milionowe gaże brzmią kusząco. Dla wielkich nazwisk polskiej alternatywy i tych dopiero debiutujących najważniejsza jest ich publiczność i nagrywanie muzyki do jakiej są przekonani, a nie takiej, jaką dyktuje sezonowa moda.
2018-04-10, 14:30

Przemysł muzyczny nie dopuści do śmierci radia z 3 prostych powodów

mikrofon © (fot. sxc.hu)
mikrofon © (fot. sxc.hu)
Pejzaż muzyczny zmienił się w ostatnich latach nie do poznania. Jak grzyby po deszczu, powstają nowe serwisy strumieniowe do słuchania i dzielenia się muzyką. Każdy, kto wykona i nagra piosenkę może ją udostępnić w sieci. Panuje przekonanie, że radio nie jest już potrzebne do promocji muzyki. Nic bardziej mylnego. Rola radia jest może inna niż kiedyś, ale to nie oznacza, że medium jest zagrożone. Oto kilka argumentów na jego obronę:

1. Siła odkrywania i promocji

Żyjemy w czasach nadprodukcji. Nie chodzi tylko o telefony, pralki i zabawki, ale też dobra kultury, w tym muzykę. Tygodniowo w przestrzeni wirtualnej pojawiają się miliony nowych utworów. Kto ma przeprowadzić słuchacza przez ten ocean dźwięków? Na pewno nie algorytmy przeglądarek i serwisów muzycznych. To żywy dziennikarz radiowy, ze wszystkimi swoimi wadami, wybierze te piosenki, które warto polecić. Nawet jeśli wybór będzie subiektywny, to dokona go człowiek.

A kto będzie wiedział więcej o tym, co dzieje się na Twoim podwórku muzycznym? Algorytm? Wątpię. Radio jest niezastąpione.

2. Wyjątkowość

W serwisach typu YouTube może się dzisiaj znaleźć każdy, ale poprzez szeroką dostępność, nie jest to już nic wyjątkowego. Inaczej jest z radiem, szczególnie jeśli ma ono swoją opiniotwórczą renomę. Pojawić się w popularnej audycji muzycznej, jest przywilejem i okazją do pochwalenia się w mediach społecznościowych, co z kolei buduje bazę fanów. Już sam fakt „przebicia” się do radia jest dla słuchaczy wskazówką, że tym wykonawcą warto się zainteresować. Na taką ekskluzywność nie każdy może sobie pozwolić.

3. Przewidywalność i trwałość

„Muzyka w sieci”, to brzmi nieźle. Trzeba jednak przeszukiwać, wybierać, klikać kolejne linki i przeczekać reklamy. Biorąc pod uwagę, że większość ludzkości jest raczej leniwa, szybko przychodzi zniechęcenie. Czekamy na gotowe, a radio, jak posłuszny kelner, podaje nam to, co lubimy.

Specjaliści od programowania starają się dopasować muzykę i treści do pory dnia i roku. Chcą też zaspokoić szeroką grupę odbiorców. Ktoś powie, że stąd niedaleko do niestrawnej i tandetnej papki. Zgoda, ale radio publiczne jest po to, by łączyć przystępność z poszukiwaniem wartościowych przejawów kultury, by z jednej strony nie stracić słuchaczy, a z drugiej nie skazywać się na niszę.

Związek radia i przemysłu muzycznego z pewnością zmienił się od początku jego istnienia wiele dziesięcioleci temu. Jednak nie zestarzała się idea radiowej promocji muzyki przez żywego człowieka. Z pewnością istnieje wiele metod zdobywania fanów, ale nie dyskontowałbym radia jako realnego medium promującego Twoje sprawy i Twoją muzykę!
2018-03-31, 10:00

Przygotowania do świąt pełne muzycznej pasji

Józef Elsner w Filharmonii Opolskiej © [fot. Małgorzata Ślusarczyk]
Józef Elsner w Filharmonii Opolskiej © [fot. Małgorzata Ślusarczyk]
Czas przygotowań do Świąt Wielkanocnych to długotrwały, duchowy proces, któremu może towarzyszyć muzyczna kontemplacja. Kompozytorzy różnych epok, inspirowani liturgiką tego okresu, dostarczyli nam sporo materiału. Chyba największą popularnością cieszą się zwłaszcza liczne opracowania sekwencji "Stabat Mater dolorosa" (dla mnie G.B. Pergolesi wciąż pozostaje niedościgniony w tej materii!) oraz pasje czyli wokalno-instrumentalne dzieła dramatyczne, przybliżające historię męki i ukrzyżowania Jezusa (a wszystko w oparciu o teksty Ewangelii).

Zaledwie tydzień przed Wielkim Piątkiem w Opolu zabrzmiało wyjątkowe dzieło, należące do drugiego z wymienionych gatunków. Może muzykolodzy (albo muzykofile) mogliby powiedzieć, że istnieją bardziej przejmujące dzieła przeprowadzające nas przez tajemnice prowadzące do Niedzieli Zmartwychwstania, jak "Passio Domini Nostri Jesu Christi seu Triumphus Evangelii" op. 65 Józefa Elsnera. Czy aby na pewno? Oczywiście trudno porównywać monumentalną obsadę elsnerowskiego oratorium pasyjnego, w którym przewidziano udział 14 solistów, 3 chóry i orkiestrę symfoniczną (a w prawykonaniu brało udział ok. 400 muzyków!) do pasji J.S. Bacha. Trzeba brać pod uwagę realia epoki i praktyki wykonawcze. A jednak choćby z duchowego punktu widzenia pasja Elsnera jest ciekawa - nie zamyka się bowiem na samym wyrażeniu nadziei, że śmierć jest wyzwoleniem. Po całej, przejmującej drodze, pełnej bólu i goryczy doświadczamy trzęsienia ziemi, a anielski chór wprowadza nas w inny wymiar. I wzmacnia nadzieję w triumf życia nad śmiercią. Te muzyczne obrazy, stworzone przez Elsnera, poruszyły publiczność licznie zgromadzoną na koncercie. Konstrukcja dzieła i sposób muzycznej narracji nie pozwoliły także na znużenie - nawet przy niemal dwugodzinnym czasie trwania. Zresztą cokolwiek by się nie działo - finał Pasji op. 65 pozostawiał jedynie niedosyt: że to już, że się skończyło i że do świąt pozostał cały tydzień. Z pewnością wrażenia publiczności, która nagrodziła artystów owacjami (chyba rekordowo długimi!), spotęgowała niezwykła paja i kunszt z jakimi maestro Zbigniew Graca przedstawiał dzieło. I to w bezwzględnej symbiozie z muzykami, stanowiącymi sporą, jak na opolskie możliwości (choć oczywiście skromniejszej względem pierwowzoru), obsadę wykonawczą. Niezwykła atmosfera zdawała się udzielać wszystkim zebranym w sali koncertowej Filharmonii Opolskiej. A chwilami zdawało się, że dotykamy innego wymiaru...

Poza pozytywnymi względami natury muzyczno-estetycznej musimy pamiętać także o tym, że dla Opola i mieszkańców Opolszczyzny wykonanie tego dzieła było momentem historycznym. Po raz pierwszy na Ziemi Opolskiej zabrzmiało jedno z najwybitniejszych dzieł Józefa Elsnera - kompozytora, który z tej ziemi się wywodzi i który na tej ziemi zdobywał swoje pierwsze doświadczenia muzyczne. To wielka radość, że Elsner doczekał się tak chlubnego przywrócenia do życia i to za sprawą filharmonii, której patronuje. Tym większa radość, że nie musimy chwalić cudzego, żeby móc w klasycznym tonie przygotować się do Świąt, wzmacniając duchowe przeżycia pięknymi dźwiękami. A im bliżej świąt, tym mocniej w duszy gra.
1234567
Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. Dowiedz się więcej »