Radio Opole » Radiowy Radar Rocka » Felietony

Felietony

2018-08-08, 09:22

Urodzinowy prezent na 30-lecie Pixies

Pixies - Come On Pilgrim... It's Surfer Rosa
Legendarni Pixies upamiętniają 30 lat od debiutu wydawniczego, proponując fanom z tej okazji specjalny box nagrań.

Grupa założona w Bostonie w 1986 roku wydała pierwszą płytę 'Surfer Rosa' w 1988 roku, ale rok wcześniej pokazali światu 8-nagraniowy mini long play ‘Come On Pilgrim’, na który trafiły bardzo surowo nagrane utwory z ich taśm demo.

Teraz Amerykanie chcą wydać te płyty raz jeszcze, oczywiście w oczyszczonych cyfrowo wersjach pod wspólnym tytułem ‘Come On Pilgrim… Surfer Rosa’, ale w ramach tego zestawu dostaniemy też koncertówkę ‘Live From The Fallout Shelter’ – czyli występ zarejestrowany podczas prezentacji w rozgłośni radiowej WJUL-FM właśnie w 1986 r.

Kolekcjonersko dostaniemy to albo jako potrójny analog, potrójny CD, albo w krótkiej serii także przezroczysty winyl z pięknie przygotowaną książeczką w twardych okładkach zawierającą komplet tekstów.

Premiera wydawnictwa 28 września, a wyda to niezawodna agencja 4AD, od lat bastion niezależnego brzmienia z katalogiem zawierającym kompletne unikaty i bardzo wpływowe rzeczy (Cocteau Twins, This Mortal Coil, Dead Can Dance).

Na 30. urodziny przypomną o sobie fanom także dając serię koncertów w Londynie.

Zgrabnie to pomyślane - wystąpią pięciokrotnie w sali Roundhouse, grając po kolei wszystkie utwory zarówno z krążka ‘Come On Pilgrim’, jak i ‘Surfer Rosa’.

Wszystkie pięć koncertów już zostało wyprzedane. Obecnie Pixies grają całkiem sporą trasę w USA razem z Weezer. Przypomnę, że ostatnią dotąd płytę Head Carrier wydali przed dwoma laty.

2018-08-05, 18:21

Nominacje do Mercury Music Prize 2018

[Fot.Juan Bendana/flickr.com]
[Fot.Juan Bendana/flickr.com]
Zmieniają się sponsorzy nagrody, ale prestiż pozostaje. Właśnie ogłoszono tzw. krótką listę kandydatów do przyznawanej na Wyspach Mercury Music Prize.

Tak jak przewidywano, w gronie faworytów dziennikarzy i krytyków muzycznych, którzy decydują o przyznaniu jednej tylko statuetki za najlepszą płytę ostatnich 12 miesięcy, znaleźli się Arctic Monkeys z najnowszym krążkiem "Tranquility Base Hotel & Casino" oraz Florence And The Machine za płytę "High As Hope" i Noel Gallagher za wydawnictwo "Who Built The Moon?"

Potęga przyznawanej od 1992 r. nagrody polega na braku podziału na gatunki muzyczne. Może wygrać ambitny album rockowy, jak i świetnie wyprodukowana sesja raperska, czy mocno klubowy łączący style muzyczne krążek.

Chodzi o docenienie wyjątkowego aspektu całości oraz tego w jakim stopniu wydawnictwo będzie inspirować innych. Na liście kandydatów są np. dość łagodny brzmieniowo Everything Everything z płytą "A Fever Dream" oraz piosenkarka typowo popowa Lilly Allen za wydawnictwo – "No Shame".

W panelu dyskusyjnym po przesłuchaniu najważniejszych płyt ostatniego roku zasiedli m.in. dziennikarze muzyczni Clara Amfo, Danielle Perry, Ella Eyre, dziennikarz Guardiana Jamie Cullum, prezenterzy BBC Lianne La Havas, Marcus Mumford, Mike Walsh oraz Phil Alexander – dyrektor magazynu Kerrang!

Na konferencji prasowej powiedzieli:

- W tym roku mamy płyty wykonawców znajdujących się w bardzo różnych miejscach kariery, ale są to wydawnictwa szczególne, inspirujące, w których konkretne elementy procesu nagrywania czy samego wykonawstwa zostały doprowadzone do perfekcji.

W gronie dotychczasowych zwycięzców znalazły się tak doniosłe pozycje europejskiego rocka jak, chociażby fenomenalna "Sreamadelica" zespołu Primal Scream, debiut wydawniczy grupy Suede z 1993 roku, płyta "Portishead - Dummy", stanowiący podstawę nurtu drum n bass'e krążek Roni Size And Reprazent "New Forms" wydany 21 lat temu, czy PJ Harvey "Let England Shake" wydana w 2011.

Która z 12 płyt nominowanych w tym roku okaże się najlepsza? Będzie jasne podczas gali finałowej, 20 września w sali Eventim Apollo Hammersmith w Londynie.
2018-07-29, 18:57

Pierwsze nagranie demo Davida Bowiego trafi we wrześniu na aukcję

BOWIE’S FIRST EVER STUDIO RECORDING UP FOR AUCTION, OmegaAuctionsUK
Piosenkę "I Never Dreamed" Bowie zarejestrował w wieku 16 lat, kiedy występował jako David Jones i grał przede wszystkim na saksofonie w grupie The Konrads.

W nagraniu udziela się także wokalnie i choć wytwórnia Decca nie zdecydowała się wydać tego na singlu, dziś demo ma ogromne znaczenie kolekcjonerskie.

Jak podaje Guardian, taśmę znalazł podczas przeprowadzki ze swojego domu manager i zarazem perkusista The Konrads David Hadfield i wiele wskazuje na to, że osiągnie ono cenę powyżej 10 000 funtów.

Do licytacji - właśnie ruszyła kampania informacyjna - przygotowuje się sporo kolekcjonerów i agencji wydawniczych, które mają plany cyfrowego oczyszczenia tego zapisu i wydania go w jakiejś formie na rynek.

Choć wśród odnalezionych pamiątek po The Konrads jest sporo innych ciekawych rzeczy, to zapis głosu jednego z najbardziej rozpoznawalnych artystów na świecie jest tylko w jednym miejscu.

- Zdecydowaliśmy, że na płytę The Konrads przygotujemy wtedy kilka instrumentalnych nagrań gitarowych oraz jeden utwór wiodący - wspomina w wywiadzie dla Guardiana Hadfield.

- Wybór padł na "I Never Dreamed jako" najmocniejszy i zdecydowałem, że to właśnie David znakomicie się tu sprawdzi jako wokalista. Dziś to pierwsza wokalna wprawka Bowiego, jaką zarejestrował 55 lat temu.

Paul Fairweather z agencji Omega Auctions, która przeprowadzi we wrześniu licytację, nie ma wątpliwości, że mamy do czynienia z niezwykle cenną fonograficznie pamiątką po Davidzie Bowiem, która może być też cennym eksponatem w muzeach dokumentujących rozwój muzyki rozrywkowej.

Fanom fenomenalnego artysty przypomnę, że 12 października trafi do sprzedaży - po ustalonej, a nie aukcyjnej cenie - obszerny boks jego nagrań zatytułowany "Loving The Alien", zawierający 8 płyt z lat 1983-1988 oraz niepublikowane dotąd utwory.
2018-07-25, 10:32

Liam Gallagher: najpierw druga płyta, później koncerty

Liam Gallagher, Beady Eye Live Concert @ Cirque Royal Bruxelles-1995 [fot. Kmeron, Flickr.com, https://www.flickr.com/photos/frf_kmeron/12946320793/, CC BY-NC-ND 2.0]
Liam Gallagher, Beady Eye Live Concert @ Cirque Royal Bruxelles-1995 [fot. Kmeron, Flickr.com, https://www.flickr.com/photos/frf_kmeron/12946320793/, CC BY-NC-ND 2.0]
Liam Gallagher odkłada europejską trasę koncertową, by mocniej skoncentrować się na drugiej solowej płycie.

Jeden z założycieli Oasis miał zagrać serię koncertów w listopadzie, ale zdecydował się opóźnić występy z jak to określił 'nieprzewidzianych okoliczności', które pojawiły się w jego terminarzu nagrań.

Bilety zachowują ważność, ale kiedy będzie można je wykorzystać, na razie nie wiadomo.
Prace nad następcą bardzo dobrze przyjętej płyty ‘As You Were’ trwają w studiu w LA, a w ustawianiu brzmienia pomagają sprawdzeni już na pierwszym krążku Gallaghera Greg Kurstin oraz Andrew Wyatt.

W wywiadzie dla NME Gallagher powiedział, że zamierza stworzyć solidny, zbudowany na punkowym rytmie album:
- Trochę Sex Pistols, trochę Stooges. Jestem w stanie stworzyć coś takiego, co później wykonam na koncertach. To nie są grzeczne ballady do nucenia, to raczej przekaz to wykrzyczenia i tak to słyszę - mówi wokalista i autor tekstów, który na Wyspach wciąż ma bardzo mocne notowania.

Na pierwszej płycie dostaliśmy całkiem przekonujące i radiowo sprawdzone ‘For What It’s Worth’, czy ‘Paper Crown’, ale drugi solowy krążek Gallaghera może odbiegać od tych klimatów.

Mam nadzieję, że możemy liczyć na prawdziwe zaskoczenie, tak jak miało to miejsce podczas niedawnego festiwalu Latitude, kiedy Gallagher ucieszył fanów, pojawiając się na niezapowiedzianym koncercie i prezentując zarówno nagrania ze swojego repertuaru, jak i utwory z dorobku Oasis.

Na kilka godzin przed występem napisał na Twitterze 'Witajcie w Sufolk' i zgodnie z oczekiwaniami fani zdążyli wypełnić jeden z koncertowych namiotów, którego obsadą zajmowało się BBC.

Największy aplauz fanów Oasis zyskał klasyk 'Wonderwall', a zgrabnie spakowany set zakończył 'koncertowy pewniak' - 'Live Forever'.

Koncerty niespodzianki to, przypomnę, tradycja festiwali Latitude. Wcześniej autorami takich 'surprise gigs' byli chociażby Thom Yorke oraz Ed Sheeran, który już w sierpniu wystąpi na PGE Narodowym.


W artykule wykorzystano zdjęcie: Liam Gallagher, Beady Eye Live Concert @ Cirque Royal Bruxelles-1995 [fot. Kmeron, Flickr.com, https://www.flickr.com/photos/frf_kmeron/12946320793/, CC BY-NC-ND 2.0]
2018-07-19, 22:30

Druga edycja Prog In Park na horyzoncie. Anathema wystąpi ze specjalnym repertuarem

Anathema w trakcie koncertu [fot. chorus/flickr.com]
Anathema w trakcie koncertu [fot. chorus/flickr.com]
Kiedy ostatnio podsumowywaliśmy koncert Stevena Wilsona we Wrocławiu, zdałem sobie sprawę, jak oddanych fanów ma rock progresywny w Polsce. Choć niektórzy zarzucają, że to skostniały gatunek dla snobów, trudno zgodzić się na takie krzywdzące uogólnienie. Szczególnie, kiedy weźmiemy pod uwagę, jak zróżnicowaną muzykę da się wrzucić do tej szufladki.

Doskonale zdają sobie z tego sprawę organizatorzy festiwalu Prog In Park. Druga edycja wydarzenia odbędzie się już 18 sierpnia w Parku Sowińskiego w Warszawie. Rok temu podczas premierowej odsłony imprezy Polskę odwiedzili tak uznani wykonawcy jak Opeth i Solstafir. Na festiwalu pokazał się również Riverside, czyli nasz progresywny towar eksportowy. Rodzimą scenę reprezentowali też Blindead i Lion Shepherd.

Rozpiska tegorocznego Prog In Park prezentuje się co najmniej tak samo imponująco. Chociaż na festiwalu zabraknie tym razem polskiego przedstawiciela, wystąpi czeski Postcards From Arkham. Nasi południowi sąsiedzi prezentują intrygującą wypadkową rocka progresywnego, black metalu i post-rocka. W ich twórczości słychać również echa muzyki filmowej. W Warszawie będą promować swój najnowszy album „Manta”.

Po występie Czechów przeżyjemy prawdziwe norweskie oblężenie. Ihsahn to postać, której nie trzeba przedstawiać fanom black metalu. Razem z Samothem tworzą kultowy Emperor. O ile twórczość grupy świadczyła o szerokich horyzontach muzycznych Ihsahna, w swoich solowych dokonaniach poszedł nawet krok dalej. Tegoroczny „Amr” wydaje się najlepszym dowodem jego artystycznej odwagi. Na albumie słychać echa tak różnych gatunków jak ekstremalny metal, techno czy industrial. Norweskiemu muzykowi nie można odmówić również nosa do współpracowników. Znakomici instrumentaliści z jego koncertowego składu dzielą czas pomiędzy występowaniem z Ihsahnem a tworzeniem własnego zespołu.

Leprous to aktualnie jeden z najważniejszych zespołów młodego pokolenia na progresywnej scenie. W ich muzyce słychać inspiracje tak wydawałoby się odległymi wykonawcami jak Dillinger Escape Plan, Massive Attack czy Porcupine Tree. Uwagę przykuwa również wyjątkowy wokal Einara Solberg porównywany do głosu Thoma Yorke’a z Radiohead. Podczas Prog In Park Norwegowie będą musieli popisać się dobrą kondycją. Najpierw zaprezentują swój własny repertuar, później dołączy do nich Ihsahn.

Festiwal powinien zadowolić również miłośników technicznego wymiatania. Jako jeden z headlinerów zagra amerykańska supergrupa Sons of Apollo. W jej skład wchodzą prawdziwi wirtuozi instrumentu, czyli znany z występów w Guns N’ Roses gitarzysta Ron „Bumblefoot” Thal, legenda basu Billy Sheehan, mający na koncie występy z Yngwiem Malmsteenem wokalista Jeff Scott Soto oraz perkusista Mike Portnoy i klawiszowiec Derek Sherinian. Bębniarz przez 25 lat dowodził legendą metalu progresywnego Dream Theater. To właśnie tam spotkali się pierwszy raz z Sherinianem, który grał z zespołem w drugiej połowie lat 90. Sons of Apollo będą promować zeszłoroczny debiut „Psychotic Symphony”. Nazwa albumu wydaje się bardzo adekwatna. Płyta od pierwszych dźwięków przytłacza bowiem poziomem wykonawczym.

Progresywną ucztę zakończy występ Anathemy. Brytyjczycy goszczą nad Wisłą regularnie. Koncert w Parku Sowińskiego będzie jednak wyjątkowy. Jak przyznał frontman zespołu Vincent Cavanagh, muzycy doceniają wyróżnienia jakim jest bycie główną gwiazdą festiwalu i przygotują w związku z tym specjalny przekrojowy set. Mają się cofnąć aż do albumu Judgement, na którym porzucili doom metalowe inspiracje na rzecz bardziej nastrojowego i przestrzennego grania.
2018-07-16, 23:48

Steven Wilson może zawsze liczyć na polskich fanów. Ikona progresywnego rocka zagrała we Wrocławiu

Steven Wilson [fot. Hajo Mueller, materiały prasowe]
Steven Wilson [fot. Hajo Mueller, materiały prasowe]
Koncertowe lato trwa w najlepsze, więc i tym razem zajmiemy się podsumowaniem występu zagranicznego artysty nad Wisłą. Chociaż wizyta Stevena Wilsona we Wrocławiu nie zelektryzowała mediów tak samo jak koncert The Rolling Stones na Stadionie Narodowym, trudno odmówić temu brytyjskiemu artyście wyjątkowego statusu w naszym kraju.

Kiedy po raz pierwszy przyjechał do Polski 21 lat temu, dowodzeni przez niego Porcupine Tree nie byli jeszcze kultową formacją. Zespół promował wydany rok wcześniej album „Signify”. Płyta uważana za jedno z najważniejszych wydawnictw formacji okazała się przełomowym dziełem, które rozpoczęło ekspansję twórczości Jeżozwierzy na Europę. Polska była jednym z pierwszych krajów, gdzie doceniono twórczość Porcupine Tree i ich charyzmatycznego lidera. Od tego czasu Steven Wilson zagrał u nas w różnych konfiguracjach około 45 koncertów! Kiedy rozwiązał popularnych „Porków”, to właśnie w Polsce zadebiutował koncertowo jako solowy artysta. Promował wtedy rewelacyjny „Grace For Drowning” i oczywiście odwiedza nas regularnie przy okazji kolejnych tras koncertowych.

Nie inaczej jest przypadku tournée promującego zeszłoroczny „To The Bone”. Koncert we Wrocławiu był trzecim przystankiem w Polsce podczas aktualnej trasy. W lutym mogliśmy posłuchać nowego materiału w Poznaniu i w Zabrzu. Repertuar wrocławskiego koncertu był więc siłą rzeczy zbliżony do wcześniejszych występów. Nie obyło się jednak bez niespodzianek. Mnie najbardziej ucieszył zagrany na otwarcie drugiej części koncertu „Don’t Hate Me” z repertuaru Porcupine Tree z powalającym psychodelicznym mostem. Wycieczek w stronę repertuaru kultowej grupy było znacznie więcej. Dominowały utwory z płyt „In Absentia” i „Deadwing”, które doczekały się w tym roku wznowień na winylu i kompakcie.

Rzecz jasna koncerty Stevena Wilsona to przede wszystkim jego solowa twórczość. „To The Bone”, czyli jedno z jego najbardziej popowych wydawnictw znakomicie sprawdza się na żywo. Chociaż ze względu na wielkość Hali Stulecia trudno było mówić w zeszły czwartek o intymnej atmosferze w trakcie koncertu, lekko ospała publiczność zdecydowania ożywiła się podczas cudownie chwytliwego „Permanating”, które może przywodzić na myśl największe dokonania ABBY i Electric Light Orchestra. Najnowsza płyta Wilsona to jednak pełne spektrum emocji. Nie zabrakło więc poruszających „Refuge” i „Song Of Unborn” czy hipnotycznego „Song Of I”.

I to moim zdaniem jest klucz do sukcesu i artystycznej długowieczności Stevena Wilsona. Przypomniał, że „progresywny” powinno oznaczać „różnorodny” i przywrócił temu odłamowi rocka jego eksperymentalny i niepokorny charakter, pozbawiając go przy okazji snobistycznej otoczki. Podczas jego koncertów po prostu nie da się nudzić. Poza tym ma nosa do znakomitych współpracowników. W jego składzie są zarówno weterani jak basista Nick Beggs, jak i talenty, które pomógł odkryć. Choć grający na perkusji Craig Blundell to bardzo uznany pedagog muzyczny, to właśnie dzięki Wilsonowi usłyszał o nim świat melomanów. Aktualnie wyrasta na jednego z najbardziej rozchwytywanych muzyków sesyjnych w branży. Odwiedził nawet Opole. Jesienią zeszłego roku zagrał na Festiwalu Perkusyjnym w składzie giganta basu Stu Hamma.
2018-07-16, 23:37

Pożegnanie z klasą. Deep Purple zagrali w Krakowie

Roger Glover żegna się z polską publicznością
Roger Glover żegna się z polską publicznością
Poprzedni tydzień upłynął w prasie muzycznej pod znakiem podsumowań koncertu The Rolling Stones w Polsce. Biorąc pod uwagę, że kultowa grupa odwiedziła nas po raz pierwszy od 11 lat, zainteresowanie tym wydarzeniem nie powinno dziwić. Warto jednak pamiętać, że na początku lipca przyjechała do nas inna legenda z Wysp Brytyjskich. Weterani z Deep Purple zagrali w Krakowie ramach trasy „The Long Goodbye Tour”. Jak zapowiadał organizator wydarzenia, więcej przystanków w Polsce na pożegnalnym tournée nie będzie.

Podczas stuminutowego koncertu Brytyjczycy udowodnili, czym zapracowali sobie na kultowy status i uwielbienie polskich fanów, którzy niemal w całości zapełnili ogromną Tauron Arenę. Zagrany na otwarcie rozpędzony „Highway Star” nadał tempo reszcie wieczoru. Choć poza gitarzystą grupy każdy z członków zespołu ma już na karku 70 lat, estrada wydaje się na nich działać jak odmładzający eliksir. Panowie nie oszczędzali się. Nie było mowy o upraszczaniu swoich skomplikowanych partii instrumentalnych.

Ian Paice bezlitośnie okładał perkusję, nie gubiąc przy tym znakomitej artykulacji, z której słynie. Steve Morse imponował precyzją swojej prawej ręki, co robiło szczególne wrażenie, biorąc pod uwagę, że gitarzysta od kilku lat zmaga się z kontuzjami i bólem ścięgien. Ian Gillan walczył o każdą nutę. Mimo że wchodzenie na wysokie partie zaczyna sprawiać mu trudność, nie ułatwia sobie życie dogranymi ścieżkami wokalnymi, a jego barwa wciąż elektryzuje słuchaczy. Roger Glover urzekał z kolei melodyjnymi partiami basu i świetną interakcją z widownią. Koncert Deep Purple nie odbyłby się oczywiście bez fenomenalnej solówki na klawiszach, w którą Don Airey wplótł m.in. fragmenty „Poloneza As-dur”, „Preludium e-moll” czy „Etiudy Rewolucyjnej Chopina”.

Deep Purple to zespół wybitnych indywidualności, na scenie są jednym organizmem. Cały czas wymieniali porozumiewawcze uśmiechy. Nie obyło się oczywiście bez improwizacji w kultowych „Strange Kind Of Woman”, „Pictures of Home” czy „Black Night”.

Najbardziej jednak imponuje, że nie chcą odcinać kuponów od sławy i żerować na dawnej popularności. To nie przypadek, że poza utworami z klasycznych albumów z lat 70., repertuar krakowskiego koncertu zdominowały kompozycje z dwóch ostatnich płyt grupy. Doskonale przyjęte „Now What?!” i „Infinite” to najlepszy dowód na to, że po pół wieku kariery wciąż można tworzyć wartościowy materiał, na który fani reagują tak samo entuzjastycznie jak na znane przeboje.

Chociaż wszyscy po cichu liczą, że Deep Purple jeszcze do nas wrócą, to trudne o lepsze pożegnanie. Jak śpiewa Ian Gillan w utworze „Uncommon Man”, „dobrze być królem”.
2018-07-09, 23:40

The Rolling Stones nigdy nie zawodzą! Polscy fani oczarowani występem legendy

Polscy fani The Rolling Stones przed koncertem w Warszawie
Polscy fani The Rolling Stones przed koncertem w Warszawie
Długo zastanawiałem się, od czego zacząć tę krótką relację ze wczorajszego koncertu The Rolling Stones na Stadionie Narodowym w Warszawie.

Bo ile można pisać o fenomenalnej formie fizycznej Micka Jaggera? Obserwując jego sceniczne wygibasy ma się wrażenie, że siedemdziesięcioczteroletni wokalista podpisał pakt z Lucyferem, o którym śpiewa w „Sympathy for The Devil”. Jego znakomita kondycja to jednak przede wszystkim zasługa ćwiczeń, które frontman uprawia nawet sześć razy w tygodniu. Efekty przynoszą również rozgrzewki z trenerem wokalnym. W Warszawie nie było śladu po lekkiej niedyspozycji, którą Jagger nastraszył fanów kilka dni wcześniej w Pradze. Głos zaczął mu się nieznacznie łamać dopiero podczas zagranego na pierwszy bis „Gimme Shelter”, który należy przecież do jednej z bardziej wymagających wokalnie kompozycji Stonesów.

Równie długowieczna wydaje się reszta składu. Muzyka Brytyjczyków co prawda nie zmusza do wirtuozerii i nie jest skrajnie wymagająca fizycznie, ale zagranie dwugodzinnego koncertu to wyzwanie dla zespołu, który jest na estradzie od 56 lat. The Rolling Stones oczywiście wychodzą z tej próby obronną ręką. Cały czas urzekają rock’n’rollowym luzem, za który pokochały ich miliony. Choć perkusiście Charliemu Wattsowi po skroni nie spłynęła nawet kropla potu, to właśnie jego oszczędnej grze zawdzięczamy charakterystyczny puls twórczości Stonesów, o czym można było się przekonać podczas zagranego cudownie „do tyłu” „Tumbling Dice”. Słuchając gitarowego tandemu Richards/Wood, przypomniały mi się z kolei słowa, które z wrodzoną skromnością powiedział kiedyś starszy z muzyków. Keith Richards stwierdził - „jesteśmy raczej kiepskimi gitarzystami, ale kiedy gramy razem trudno nam dorównać”.

Równie oczywiste byłyby rozważania na temat nieśmiertelności repertuaru The Rolling Stones. Jako że legenda przyjechała do nas dopiero czwarty raz, setlista niedzielnego koncertu składała się z największych hitów formacji. Nie brakowało jednak niespodzianek. Mnie szczególnie ucieszył drapieżny „Bitch” z płyty „Sticky Fingers” zagrany tylko cztery razy od 2015 roku. Najważniejsze jednak, jak międzypokoleniowa publiczność reagowała na rockowe evergreeny. Zarówno małżeństwa po 70-tce, które mogą pamiętać poruszenie, jakie wywołały występy Stonesów w Sali Kongresowej w 1967 roku, jak i ich wnuki, które twórczość legendy poznały oglądając nowe filmy Martina Scorsese, euforycznie reagowali na kolejne przeboje. Najlepiej było to słychać podczas „You Can’t Always Get What You Want”, w trakcie którego nikt nie pozostał obojętny na nawoływanie Jaggera do wspólnego śpiewania.

Nie odkryłbym też Ameryki, gdybym rozpływał się nad świetną chemią, która panowała między muzykami czy imponującą scenografią. Może jednak to wszystko w przypadku występów The Rolling Stones to po prostu norma i nie ma co silić się na oryginalność w relacjach? Kultowy zespół od ponad pół wieku dowodzi, że pierwotna surowość i prostota rock’n’rolla nigdy się nie zestarzeją. „Do zobaczenia wkrótce” głosił napis, który został wyświetlony na telebimach po koncercie. Drodzy Stonesi, trzymamy Was za słowo!
2018-07-06, 09:39

The Cure przedstawili na koncercie Meltdown nowe nagrania

[Fot.Carlos Varela/flickr.com]
[Fot.Carlos Varela/flickr.com]
Robert Smith jako kurator jubileuszowego 25. festiwalu Meltdown zaprosił do londyńskiego centrum Southbank m.in. Deftones, The Libertines, Manic Street Preachers, Mogwai, My Bloody Valentine, Nine Inch Nails, Placebo, The Psychedelic Furs oraz The Notwist.

W swojej części występów przedstawili nowe utwory, które najprawdopodobniej trafią na przygotowywaną płytę.

W ostatniej części koncertu The Cure w ramach programu ‘From There to Here’ zaprezentowali po jednym nagraniu ze wszystkich dotąd wydanych 13 płyt, ale zakończyli występ premierowymi ‘It Can Never Be the Same’ oraz ‘Step Into the Light'.

W trakcie Meltdown w hołdzie The Cure fantastyczne wersje nagrań z ich repertuaru przedstawili Deftones, proponując ‘If Only Tonight We Could Sleep‘, Manic Street Preachers wykonali ‘In Between Days‘, Placebo zaproponowali ‘Let’s Go To Bed‘, a The Libertines bardzo inspirująco wykonali ‘Boys Don’t Cry‘, co dowodzi, że dorobek The Cure nieprzerwanie inspiruje.

W wywiadzie dla BBC 6 Music Robert Smith wyjaśnia, że długa nieobecność w mediach to konsekwencja oczekiwania na inspirację do napisania nowych nagrań.

- Kilka demo mam już przygotowanych, jedne są lepsze inne gorsze jak to zwykle bywa, ale czuję, że nagrywanie sprawia mi ogromną radość, a to zwykle sprzyja tworzeniu bardziej wartościowych rzeczy - mówił jeszcze w kwietniu w rozmowie z Mattem Everittem z BBC.

The Cure chcą zagrać więcej koncertów w 2019 mają też w planach jakieś szczególne upamiętnienie swojej emblematycznej płyty ‘Disintegration’ wydanej w 1989 roku.
7 lipca The Cure dadzą koncert w londyńskim Hyde Parku dla upamiętnienia 40-lecia wydania pierwszego singla „Killing An Arab”, a razem z nimi wystąpią też m.in. Interpol, Goldfrapp, Editors, Ride oraz Slowdive.
2018-06-30, 08:59

Rolling Stones już 8 lipca na PGE Narodowym!

[Fot.Lauren Harris/flickr.com]
[Fot.Lauren Harris/flickr.com]
Europejska trasa koncertowa 'No Filter', rozpoczęta w Hamburgu 9 września 2017 r., zakończy się w Warszawie i wiele wskazuje na to, że to u nas właśnie na finał przygotują bardzo mocne akcenty.

Odwiedzili Londyn, Manchester, Edynburg, Cardiff, przedwczoraj zagrali w Marsylii, przed nimi jeszcze koncerty w Stuttgarcie (30.06), a następnie już 4 lipca Praga i 8 lipca PGE Narodowy.

Dla Stonesów będzie to czwarta wizyta w Polsce. Po raz pierwszy pojawili się w naszym kraju w 1967 roku, kiedy to w pierwszych rzędach zasiadali przedstawiciele komunistycznej władzy, a jak wspominał później Keith Richards: Na zewnątrz było ze dwa tysiące dzieciaków, które nie mogły zobaczyć koncertu z powodu tych ludzi.

Symbolika pojawienia się Stonesów w zamkniętym na 'wolność i nieskrępowanie Zachodu' kraju pozostała żywa przez wiele lat.

Była jakaś niesamowita nadzieja, że przecież może być u nas inaczej, ale nie było.

Później były jeszcze koncerty w 1998 r. w Chorzowie i na warszawskim Służewcu w 2007 roku.

Ponad pół wieku po rozpoczęciu działalności grupa wciąż jest w świetnej formie, o czym świadczy chociażby nagroda Grammy przyznana za album "Blue & Lonesome" (2016), ale przede wszystkim grają znakomicie przygotowane koncerty.

Na swoje występy często zapraszają młodszych wykonawców. Tak było np. ostatnio w Londynie, kiedy na scenie obok legendy pojawił się James Bay, ale wcześniej grali z nimi Liam Gallagher, Florence + The Machine, Richard Ashcroft oraz Elbow.

Najbardziej zagorzałym fanom Stonesów przypomnę, że w połowie czerwca trafił do sprzedaży bardzo atrakcyjny zestaw ich wszystkich płyt wydanych na winylu od pamiętnej sesji Sticky Fingers z 1971 roku, poprzez It’s Only Rock’n’Roll (1974), Voodoo Lounge (1994) (2LP), Bridges To Babylon (1997) (2LP) oraz A Bigger Bang (2005) (2LP) i ostatnią jak na razie Blue & Lonesome (2016) (2LP).

Sięgająca prawie 2000 zł cena zestawu może początkowo odstraszać, ale z drugiej strony dostajemy kolekcjonersko przygotowany komplet dużych sesji zespołu z zachowaniem oryginalnego brzmienia i stosownie do charakteru grupy na 'czarnych płytach'.

Do tego warto byłoby zaopatrzyć się w niezłej klasy gramofon, jakiś sensowny wzmacniacz lampowy i 'let's get back to these good old days!'.

Jest jeszcze jedna dobra informacja. Otóż przed rozpoczęciem drugiej części koncertów Mick Jagger zdradził, że przygotowują wspólnie jakiś nowy materiał. W jakiej formie, gdzie, kiedy, czy w ogóle zechcą to wydać?

Na razie jest PGE Narodowy - 8 lipca!!!
1234567
Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. Dowiedz się więcej »