Radio Opole » Radiowy Radar Rocka

Felietony

2018-07-19, 22:30

Druga edycja Prog In Park na horyzoncie. Anathema wystąpi ze specjalnym repertuarem

Anathema w trakcie koncertu [fot. chorus/flickr.com]
Anathema w trakcie koncertu [fot. chorus/flickr.com]
Kiedy ostatnio podsumowywaliśmy koncert Stevena Wilsona we Wrocławiu, zdałem sobie sprawę, jak oddanych fanów ma rock progresywny w Polsce. Choć niektórzy zarzucają, że to skostniały gatunek dla snobów, trudno zgodzić się na takie krzywdzące uogólnienie. Szczególnie, kiedy weźmiemy pod uwagę, jak zróżnicowaną muzykę da się wrzucić do tej szufladki.

Doskonale zdaję sobie z tego sprawę organizatorzy festiwalu Prog In Park. Druga edycja wydarzenia odbędzie się już 18 sierpnia w Parku Sowińskiego w Warszawie. Rok temu podczas premierowej odsłony imprezy Polskę odwiedzili tak uznani wykonawcy jak Opeth i Solstafir. Na festiwalu pokazał się również Riverside, czyli nasz progresywny towar eksportowy. Rodzimą scenę reprezentowali też Blindead i Lion Shepherd.

Rozpiska tegorocznego Prog In Park prezentuje się co najmniej tak samo imponująco. Chociaż na festiwalu zabraknie tym razem polskiego przedstawiciela, wystąpi czeski Postcards From Arkham. Nasi południowi sąsiedzi prezentują intrygującą wypadkową rocka progresywnego, black metalu i post-rocka. W ich twórczości słychać również echa muzyki filmowej. W Warszawie będą promować swój najnowszy album „Manta”.

Po występie Czechów przeżyjemy prawdziwe norweskie oblężenie. Ihsahn to postać, której nie trzeba przedstawiać fanom black metalu. Razem z Samothem tworzą kultowy Emperor. O ile twórczość grupy świadczyła o szerokich horyzontach muzycznych Ihsahna, w swoich solowych dokonaniach poszedł nawet krok dalej. Tegoroczny „Amr” wydaje się najlepszym dowodem jego artystycznej odwagi. Na albumie słychać echa tak różnych gatunków jak ekstremalny metal, techno czy industrial. Norweskiemu muzykowi nie można odmówić również nosa do współpracowników. Znakomici instrumentaliści z jego koncertowego składu dzielą czas pomiędzy występowaniem z Ihsahnem a tworzeniem własnego zespołu. Leprous to aktualnie jeden z najważniejszych zespołów młodego pokolenia na progresywnej scenie. W ich muzyce słychać inspiracje tak wydawałoby się odległymi wykonawcami jak Dillinger Escape Plan, Massive Attack czy Porcupine Tree. Uwagę przykuwa również wyjątkowy wokal Einara Solberg porównywany do głosu Thoma Yorke’a z Radiohead. Podczas Prog In Park Norwegowie będą musieli popisać się dobrą kondycją. Najpierw zaprezentują swój własny repertuar. Później dołączy do nich Ihsahn.

Festiwal powinien zadowolić również miłośników technicznego wymiatania. Jako jeden z headlinerów zagra amerykańska supergrupa Sons of Apollo. W jej skład wchodzą prawdziwi wirtuozi instrumentu, czyli znany z występów w Guns N’ Roses gitarzysta Ron „Bumblefoot”Thal, legenda basu Billy Sheehan, mający na koncie występy z Yngwiem Malmsteenem wokalista Jeff Scott Soto oraz perkusista Mike Portnoy i klawiszowiec Derek Sherinian. Bębniarz przez 25 lat dowodził legendą metalu progresywnego Dream Theater. To właśnie tam spotkali się pierwszy raz z Sherinianem, który grał z zespołem w drugiej połowie lat 90. Sons of Apollo będą promować zeszłoroczny debiut „Psychotic Symphony”. Nazwa albumu wydaje się bardzo adekwatna. Płyta od pierwszych dźwięków przytłacza bowiem poziomem wykonawczym.

Progresywną ucztę zakończy występ Anathemy. Brytyjczycy goszczą nad Wisłą regularnie. Koncert w Parku Sowińskiego będzie jednak wyjątkowy. Jak przyznał frontman zespołu Vincent Cavanagh, muzycy doceniają wyróżnienia jakim jest bycie główną gwiazdą festiwalu i przygotują w związku z tym specjalny przekrojowy set. Mają się cofnąć aż do albumu Judgement, na którym porzucili doom metalowe inspiracje na rzecz bardziej nastrojowego i przestrzennego grania.
2018-07-16, 23:48

Steven Wilson może zawsze liczyć na polskich fanów. Ikona progresywnego rocka zagrała we Wrocławiu

Steven Wilson [fot. Hajo Mueller, materiały prasowe]
Steven Wilson [fot. Hajo Mueller, materiały prasowe]
Koncertowe lato trwa w najlepsze, więc i tym razem zajmiemy się podsumowaniem występu zagranicznego artysty nad Wisłą. Chociaż wizyta Stevena Wilsona we Wrocławiu nie zelektryzowała mediów tak samo jak koncert The Rolling Stones na Stadionie Narodowym, trudno odmówić temu brytyjskiemu artyście wyjątkowego statusu w naszym kraju.

Kiedy po raz pierwszy przyjechał do Polski 21 lat temu, dowodzeni przez niego Porcupine Tree nie byli jeszcze kultową formacją. Zespół promował wydany rok wcześniej album „Signify”. Płyta uważana za jedno z najważniejszych wydawnictw formacji okazała się przełomowym dziełem, które rozpoczęło ekspansję twórczości Jeżozwierzy na Europę. Polska była jednym z pierwszych krajów, gdzie doceniono twórczość Porcupine Tree i ich charyzmatycznego lidera. Od tego czasu Steven Wilson zagrał u nas w różnych konfiguracjach około 45 koncertów! Kiedy rozwiązał popularnych „Porków”, to właśnie w Polsce zadebiutował koncertowo jako solowy artysta. Promował wtedy rewelacyjny „Grace For Drowning” i oczywiście odwiedza nas regularnie przy okazji kolejnych tras koncertowych.

Nie inaczej jest przypadku tournée promującego zeszłoroczny „To The Bone”. Koncert we Wrocławiu był trzecim przystankiem w Polsce podczas aktualnej trasy. W lutym mogliśmy posłuchać nowego materiału w Poznaniu i w Zabrzu. Repertuar wrocławskiego koncertu był więc siłą rzeczy zbliżony do wcześniejszych występów. Nie obyło się jednak bez niespodzianek. Mnie najbardziej ucieszył zagrany na otwarcie drugiej części koncertu „Don’t Hate Me” z repertuaru Porcupine Tree z powalającym psychodelicznym mostem. Wycieczek w stronę repertuaru kultowej grupy było znacznie więcej. Dominowały utwory z płyt „In Absentia” i „Deadwing”, które doczekały się w tym roku wznowień na winylu i kompakcie.

Rzecz jasna koncerty Stevena Wilsona to przede wszystkim jego solowa twórczość. „To The Bone”, czyli jedno z jego najbardziej popowych wydawnictw znakomicie sprawdza się na żywo. Chociaż ze względu na wielkość Hali Stulecia trudno było mówić w zeszły czwartek o intymnej atmosferze w trakcie koncertu, lekko ospała publiczność zdecydowania ożywiła się podczas cudownie chwytliwego „Permanating”, które może przywodzić na myśl największe dokonania ABBY i Electric Light Orchestra. Najnowsza płyta Wilsona to jednak pełne spektrum emocji. Nie zabrakło więc poruszających „Refuge” i „Song Of Unborn” czy hipnotycznego „Song Of I”.

I to moim zdaniem jest klucz do sukcesu i artystycznej długowieczności Stevena Wilsona. Przypomniał, że „progresywny” powinno oznaczać „różnorodny” i przywrócił temu odłamowi rocka jego eksperymentalny i niepokorny charakter, pozbawiając go przy okazji snobistycznej otoczki. Podczas jego koncertów po prostu nie da się nudzić. Poza tym ma nosa do znakomitych współpracowników. W jego składzie są zarówno weterani jak basista Nick Beggs, jak i talenty, które pomógł odkryć. Choć grający na perkusji Craig Blundell to bardzo uznany pedagog muzyczny, to właśnie dzięki Wilsonowi usłyszał o nim świat melomanów. Aktualnie wyrasta na jednego z najbardziej rozchwytywanych muzyków sesyjnych w branży. Odwiedził nawet Opole. Jesienią zeszłego roku zagrał na Festiwalu Perkusyjnym w składzie giganta basu Stu Hamma.
2018-07-16, 23:37

Pożegnanie z klasą. Deep Purple zagrali w Krakowie

Roger Glover żegna się z polską publicznością
Roger Glover żegna się z polską publicznością
Poprzedni tydzień upłynął w prasie muzycznej pod znakiem podsumowań koncertu The Rolling Stones w Polsce. Biorąc pod uwagę, że kultowa grupa odwiedziła nas po raz pierwszy od 11 lat, zainteresowanie tym wydarzeniem nie powinno dziwić. Warto jednak pamiętać, że na początku lipca przyjechała do nas inna legenda z Wysp Brytyjskich. Weterani z Deep Purple zagrali w Krakowie ramach trasy „The Long Goodbye Tour”. Jak zapowiadał organizator wydarzenia, więcej przystanków w Polsce na pożegnalnym tournée nie będzie.

Podczas stuminutowego koncertu Brytyjczycy udowodnili, czym zapracowali sobie na kultowy status i uwielbienie polskich fanów, którzy niemal w całości zapełnili ogromną Tauron Arenę. Zagrany na otwarcie rozpędzony „Highway Star” nadał tempo reszcie wieczoru. Choć poza gitarzystą grupy każdy z członków zespołu ma już na karku 70 lat, estrada wydaje się na nich działać jak odmładzający eliksir. Panowie nie oszczędzali się. Nie było mowy o upraszczaniu swoich skomplikowanych partii instrumentalnych.

Ian Paice bezlitośnie okładał perkusję, nie gubiąc przy tym znakomitej artykulacji, z której słynie. Steve Morse imponował precyzją swojej prawej ręki, co robiło szczególne wrażenie, biorąc pod uwagę, że gitarzysta od kilku lat zmaga się z kontuzjami i bólem ścięgien. Ian Gillan walczył o każdą nutę. Mimo że wchodzenie na wysokie partie zaczyna sprawiać mu trudność, nie ułatwia sobie życie dogranymi ścieżkami wokalnymi, a jego barwa wciąż elektryzuje słuchaczy. Roger Glover urzekał z kolei melodyjnymi partiami basu i świetną interakcją z widownią. Koncert Deep Purple nie odbyłby się oczywiście bez fenomenalnej solówki na klawiszach, w którą Don Airey wplótł m.in. fragmenty „Poloneza As-dur”, „Preludium e-moll” czy „Etiudy Rewolucyjnej Chopina”.

Deep Purple to zespół wybitnych indywidualności, na scenie są jednym organizmem. Cały czas wymieniali porozumiewawcze uśmiechy. Nie obyło się oczywiście bez improwizacji w kultowych „Strange Kind Of Woman”, „Pictures of Home” czy „Black Night”.

Najbardziej jednak imponuje, że nie chcą odcinać kuponów od sławy i żerować na dawnej popularności. To nie przypadek, że poza utworami z klasycznych albumów z lat 70., repertuar krakowskiego koncertu zdominowały kompozycje z dwóch ostatnich płyt grupy. Doskonale przyjęte „Now What?!” i „Infinite” to najlepszy dowód na to, że po pół wieku kariery wciąż można tworzyć wartościowy materiał, na który fani reagują tak samo entuzjastycznie jak na znane przeboje.

Chociaż wszyscy po cichu liczą, że Deep Purple jeszcze do nas wrócą, to trudne o lepsze pożegnanie. Jak śpiewa Ian Gillan w utworze „Uncommon Man”, „dobrze być królem”.
2018-07-09, 23:40

The Rolling Stones nigdy nie zawodzą! Polscy fani oczarowani występem legendy

Polscy fani The Rolling Stones przed koncertem w Warszawie
Polscy fani The Rolling Stones przed koncertem w Warszawie
Długo zastanawiałem się, od czego zacząć tę krótką relację ze wczorajszego koncertu The Rolling Stones na Stadionie Narodowym w Warszawie.

Bo ile można pisać o fenomenalnej formie fizycznej Micka Jaggera? Obserwując jego sceniczne wygibasy ma się wrażenie, że siedemdziesięcioczteroletni wokalista podpisał pakt z Lucyferem, o którym śpiewa w „Sympathy for The Devil”. Jego znakomita kondycja to jednak przede wszystkim zasługa ćwiczeń, które frontman uprawia nawet sześć razy w tygodniu. Efekty przynoszą również rozgrzewki z trenerem wokalnym. W Warszawie nie było śladu po lekkiej niedyspozycji, którą Jagger nastraszył fanów kilka dni wcześniej w Pradze. Głos zaczął mu się nieznacznie łamać dopiero podczas zagranego na pierwszy bis „Gimme Shelter”, który należy przecież do jednej z bardziej wymagających wokalnie kompozycji Stonesów.

Równie długowieczna wydaje się reszta składu. Muzyka Brytyjczyków co prawda nie zmusza do wirtuozerii i nie jest skrajnie wymagająca fizycznie, ale zagranie dwugodzinnego koncertu to wyzwanie dla zespołu, który jest na estradzie od 56 lat. The Rolling Stones oczywiście wychodzą z tej próby obronną ręką. Cały czas urzekają rock’n’rollowym luzem, za który pokochały ich miliony. Choć perkusiście Charliemu Wattsowi po skroni nie spłynęła nawet kropla potu, to właśnie jego oszczędnej grze zawdzięczamy charakterystyczny puls twórczości Stonesów, o czym można było się przekonać podczas zagranego cudownie „do tyłu” „Tumbling Dice”. Słuchając gitarowego tandemu Richards/Wood, przypomniały mi się z kolei słowa, które z wrodzoną skromnością powiedział kiedyś starszy z muzyków. Keith Richards stwierdził - „jesteśmy raczej kiepskimi gitarzystami, ale kiedy gramy razem trudno nam dorównać”.

Równie oczywiste byłyby rozważania na temat nieśmiertelności repertuaru The Rolling Stones. Jako że legenda przyjechała do nas dopiero czwarty raz, setlista niedzielnego koncertu składała się z największych hitów formacji. Nie brakowało jednak niespodzianek. Mnie szczególnie ucieszył drapieżny „Bitch” z płyty „Sticky Fingers” zagrany tylko cztery razy od 2015 roku. Najważniejsze jednak, jak międzypokoleniowa publiczność reagowała na rockowe evergreeny. Zarówno małżeństwa po 70-tce, które mogą pamiętać poruszenie, jakie wywołały występy Stonesów w Sali Kongresowej w 1967 roku, jak i ich wnuki, które twórczość legendy poznały oglądając nowe filmy Martina Scorsese, euforycznie reagowali na kolejne przeboje. Najlepiej było to słychać podczas „You Can’t Always Get What You Want”, w trakcie którego nikt nie pozostał obojętny na nawoływanie Jaggera do wspólnego śpiewania.

Nie odkryłbym też Ameryki, gdybym rozpływał się nad świetną chemią, która panowała między muzykami czy imponującą scenografią. Może jednak to wszystko w przypadku występów The Rolling Stones to po prostu norma i nie ma co silić się na oryginalność w relacjach? Kultowy zespół od ponad pół wieku dowodzi, że pierwotna surowość i prostota rock’n’rolla nigdy się nie zestarzeją. „Do zobaczenia wkrótce” głosił napis, który został wyświetlony na telebimach po koncercie. Drodzy Stonesi, trzymamy Was za słowo!
2018-07-06, 09:39

The Cure przedstawili na koncercie Meltdown nowe nagrania

[Fot.Carlos Varela/flickr.com]
[Fot.Carlos Varela/flickr.com]
Robert Smith jako kurator jubileuszowego 25. festiwalu Meltdown zaprosił do londyńskiego centrum Southbank m.in. Deftones, The Libertines, Manic Street Preachers, Mogwai, My Bloody Valentine, Nine Inch Nails, Placebo, The Psychedelic Furs oraz The Notwist.

W swojej części występów przedstawili nowe utwory, które najprawdopodobniej trafią na przygotowywaną płytę.

W ostatniej części koncertu The Cure w ramach programu ‘From There to Here’ zaprezentowali po jednym nagraniu ze wszystkich dotąd wydanych 13 płyt, ale zakończyli występ premierowymi ‘It Can Never Be the Same’ oraz ‘Step Into the Light'.

W trakcie Meltdown w hołdzie The Cure fantastyczne wersje nagrań z ich repertuaru przedstawili Deftones, proponując ‘If Only Tonight We Could Sleep‘, Manic Street Preachers wykonali ‘In Between Days‘, Placebo zaproponowali ‘Let’s Go To Bed‘, a The Libertines bardzo inspirująco wykonali ‘Boys Don’t Cry‘, co dowodzi, że dorobek The Cure nieprzerwanie inspiruje.

W wywiadzie dla BBC 6 Music Robert Smith wyjaśnia, że długa nieobecność w mediach to konsekwencja oczekiwania na inspirację do napisania nowych nagrań.

- Kilka demo mam już przygotowanych, jedne są lepsze inne gorsze jak to zwykle bywa, ale czuję, że nagrywanie sprawia mi ogromną radość, a to zwykle sprzyja tworzeniu bardziej wartościowych rzeczy - mówił jeszcze w kwietniu w rozmowie z Mattem Everittem z BBC.

The Cure chcą zagrać więcej koncertów w 2019 mają też w planach jakieś szczególne upamiętnienie swojej emblematycznej płyty ‘Disintegration’ wydanej w 1989 roku.
7 lipca The Cure dadzą koncert w londyńskim Hyde Parku dla upamiętnienia 40-lecia wydania pierwszego singla „Killing An Arab”, a razem z nimi wystąpią też m.in. Interpol, Goldfrapp, Editors, Ride oraz Slowdive.
2018-06-30, 08:59

Rolling Stones już 8 lipca na PGE Narodowym!

[Fot.Lauren Harris/flickr.com]
[Fot.Lauren Harris/flickr.com]
Europejska trasa koncertowa 'No Filter', rozpoczęta w Hamburgu 9 września 2017 r., zakończy się w Warszawie i wiele wskazuje na to, że to u nas właśnie na finał przygotują bardzo mocne akcenty.

Odwiedzili Londyn, Manchester, Edynburg, Cardiff, przedwczoraj zagrali w Marsylii, przed nimi jeszcze koncerty w Stuttgarcie (30.06), a następnie już 4 lipca Praga i 8 lipca PGE Narodowy.

Dla Stonesów będzie to czwarta wizyta w Polsce. Po raz pierwszy pojawili się w naszym kraju w 1967 roku, kiedy to w pierwszych rzędach zasiadali przedstawiciele komunistycznej władzy, a jak wspominał później Keith Richards: Na zewnątrz było ze dwa tysiące dzieciaków, które nie mogły zobaczyć koncertu z powodu tych ludzi.

Symbolika pojawienia się Stonesów w zamkniętym na 'wolność i nieskrępowanie Zachodu' kraju pozostała żywa przez wiele lat.

Była jakaś niesamowita nadzieja, że przecież może być u nas inaczej, ale nie było.

Później były jeszcze koncerty w 1998 r. w Chorzowie i na warszawskim Służewcu w 2007 roku.

Ponad pół wieku po rozpoczęciu działalności grupa wciąż jest w świetnej formie, o czym świadczy chociażby nagroda Grammy przyznana za album "Blue & Lonesome" (2016), ale przede wszystkim grają znakomicie przygotowane koncerty.

Na swoje występy często zapraszają młodszych wykonawców. Tak było np. ostatnio w Londynie, kiedy na scenie obok legendy pojawił się James Bay, ale wcześniej grali z nimi Liam Gallagher, Florence + The Machine, Richard Ashcroft oraz Elbow.

Najbardziej zagorzałym fanom Stonesów przypomnę, że w połowie czerwca trafił do sprzedaży bardzo atrakcyjny zestaw ich wszystkich płyt wydanych na winylu od pamiętnej sesji Sticky Fingers z 1971 roku, poprzez It’s Only Rock’n’Roll (1974), Voodoo Lounge (1994) (2LP), Bridges To Babylon (1997) (2LP) oraz A Bigger Bang (2005) (2LP) i ostatnią jak na razie Blue & Lonesome (2016) (2LP).

Sięgająca prawie 2000 zł cena zestawu może początkowo odstraszać, ale z drugiej strony dostajemy kolekcjonersko przygotowany komplet dużych sesji zespołu z zachowaniem oryginalnego brzmienia i stosownie do charakteru grupy na 'czarnych płytach'.

Do tego warto byłoby zaopatrzyć się w niezłej klasy gramofon, jakiś sensowny wzmacniacz lampowy i 'let's get back to these good old days!'.

Jest jeszcze jedna dobra informacja. Otóż przed rozpoczęciem drugiej części koncertów Mick Jagger zdradził, że przygotowują wspólnie jakiś nowy materiał. W jakiej formie, gdzie, kiedy, czy w ogóle zechcą to wydać?

Na razie jest PGE Narodowy - 8 lipca!!!
2018-06-26, 09:00

Foo Fighters z dwiema statuetkami magazynu Kerrang!

Foo Fighters [Fot.Raph_PH/flickr.com]
Foo Fighters [Fot.Raph_PH/flickr.com]
Podczas czwartkowej (21.06) gali finałowej w Islington Assembly Hall w Londynie nie zabrakło niespodzianek: Biffy Clyro okazali się najlepszym brytyjskim zespołem, pozostawiając w pokonanym polu Royal Blood oraz Iron Maiden.

Foo Fighters wygrali kategorie: najlepsza międzynarodowa grupa koncertowa oraz najlepszy zespół spoza granic UK.

Szkocki Biffy Clyro zyskał największe uznanie, okazując się najlepszym zespołem z Wysp Brytyjskich, a ich ostatni album MTV Unplugged przekonał na tyle, że szans nie mieli nawet Royal Blood oraz Iron Maiden.

Za największą inspirację dla innych uznano współzałożyciela Aerosmith Joe Perrego, który statuetkę odebrał od aktora i wielkiego fana rocka, jednego z członków najnowszej inkarnacji Hollywood Vampires - Johnnego Deppa.

W występującej ostatnio w Warszawie grupie obok 'pirata z Karaibów' występują też pomysłodawca przedsięwzięcia Alice Cooper oraz właśnie Joe Perry.

Za ikonę rocka czytelnicy Kerrang Magazine uznali Tonyego Iommiego z Black Sabbath w dowód uznania za jego pionierską rolę w tworzeniu heavy metalu.

Legendą rocka okazał się lider Slipknot oraz Stone Sour - Corey Taylor.

Najlepsza brytyjska grupa koncertowa to pochodzący z Brighton tech-metalowy skład Architects, a za najlepszą płytę ostatnich 12 miesięcy uznano krążek Enter Shikari zatytułowany 'The Spark'.

Przeglądając listę wyróżnionych, warto zwrócić uwagę na wchodzący szturmem do koncertowego kalendarza najbardziej prestiżowych miejsc walijski kwintet Dream State oraz pochodzący z amerykańskiego Pittsburga i funkcjonujący już od 10 lat - Code Orange, który zdążył już zgarnąć statuetkę Grammy.

Wracając do Dave'a Grohla i Foo Fighters zagrali w miniony piątek (22.06) na stadionie w Londynie mając niezłą konkurencję w postaci dużego show przygotowanego na Wembley przez Taylor Swift, ale Grohl nie wykluczył, że na nowej płycie grupy usłyszymy Adele, także ta otwartość na poszerzanie stylistyki zespołu może przybrać bardzo konkretny wymiar.
2018-06-22, 09:08

Depeche Mode 'reaktywują' swoje single na winylu, za chwilę wystąpią na Open'er

Fot.Nontelodiromai/flickr.com] Koncert w Mediolanie 18.06.2009
Fot.Nontelodiromai/flickr.com] Koncert w Mediolanie 18.06.2009
Depeche Mode przygotowują specjalny zestaw swoich wszystkich singli na winylu, a każde z nagrań zostało zremasterowane bezpośrednio z oryginalnych taśm w studiach Abbey Road.

Kolekcjonerskie zestawy 12-calowych płyt będą zawierać single ze wszystkich płyt grupy, a pierwsze dwa opracowania ‘Speak & Spell – The 12″ Singles” oraz ‘A Broken Frame – The 12″ Singles’ będą dostępne w sprzedaży już od 31 sierpnia.

- Nasze 12-calówki zawsze były dla nas niezwykle ważne i wyznaczają bieg naszej muzycznej historii - twierdzą członkowie Depeche Mode. Teraz wydajemy to ponownie w formie, w jakiej chcieliśmy, by do was trafiły - dodają Dave Gahan, Martin Gore i Andy Fletcher.

Kolejne zestawy singli - łącznie było ich 55 - mają być dostępne w kolejnych miesiącach, a tempo ich kierowania do sprzedaży będzie zależeć od zainteresowania fanów.

Przypomnę, że Depeche Mode będą jedną z gwiazd festiwalu Open'er na lotnisku Kosakowo w Gdyni, a wystąpią obok Davida Byrne'a oraz Massive Attack w czwartek 5 lipca.

Lubią występy w naszym kraju i doskonale zdają sobie sprawę z tego, że mają tu ogromne grono fanów, co pokazały już koncerty w zeszłym roku na Stadionie Narodowym, w ramach trasy Global Spirit Tour, ale nie tylko, gdyż poprzedni występ "Depeszów" w Polsce z promocją płyty "Delta Machine" odbył się w lutym 2014 r. w Atlas Arenie w Łodzi.

W Warszawie Dave Gahan, Martin Gore i Andy Fletcher koncertiwali już pięciokrotnie: w lipcu 2013 r. grali na Stadionie Narodowym, a wcześniej jeszcze na stadionie Legii (czerwiec 2006), torze wyścigów konnych Służewiec (wrzesień 2001) i w Hali Torwar (lipiec 1985).

Marka Depeche Mode ma na świecie od lat bardzo wysokie notowania. Przypomnę, że w tym roku Eddie Vedder z Pearl Jam, Chad Smith z Red Hot Chili Peppers, aktor Will Ferrell i jeszcze kilku innych fanów Depeche zebrali się w studiu, by w tramach 'One Classy Night' zarejestrować wspólnie własną wersję nagrania ‘Personal Jesus’.

Dochód ze sprzedaży piosenki - około 300 000 dolarów - zasilił konto fundacji przyznającej stypendia uczniom i studentom, którzy zmagają się z nowotworami.

Grupa ma na koncie ponad 100 milionów sprzedanych płyt, co sytuuje ją w gronie największych światowych gwiazd muzyki. Na Open'er 2018 będą jednym z mocniejszych akcentów, choć konkurencja, prestiż imprezy, z każdym rokiem zdecydowanie coraz większe.
2018-06-20, 08:11

Interpol podają więcej szczegółów na temat płyty 'Marauder'

[Fot.Ostavio Ruiz Cervera/flickr.com]
[Fot.Ostavio Ruiz Cervera/flickr.com]
Źródło: You Tube
Grupa udostępniła w sieci nowe nagranie ‘The Rover’ i zapowiada aktualizowaną na bieżąco trasę koncertową, w trakcie której pokażą większość utworów ostatniej sesji. Czy jest szansa, by zobaczyć ich na którymś z festiwali w Polsce?

Płytę ‘Marauder’, która trafi do nas 24 sierpnia, wyda niezawodna agencja Matador, a następca bardzo dobrej ‘El Pintor‘ sprzed 4 lat powstawał na Manhattanie w miejscu, w którym inspiracji szukają Yeah Yeah Yeahs’.

Sesję nagraniową przygotował dźwiękowo w studiach Tarbox Dave Fridmann, który ustawiał brzmienie m.in. Mercury Rev, Flaming Lips, MGMT, Spoon, Mogwai i wielu wielu innych.

- To jest płyta, która tekstowo porusza rzeczy dotyczące mnie bezpośrednio - mówi lider nowojorskiej grupy Paul Banks. 'Marauder' jest swego rodzaju retrospektywą mojego podejścia do życia. Facet nie przywiązuje dużej wagi do przyjaźni, robi różne niespecjalnie rozsądne rzeczy, chyba przyszła pora, by się z tego jakoś rozliczyć - wyjaśnia Banks.

Nowojorski zespół rozpoczął prace nad wydawnictwem jeszcze w styczniu 2017 r.

7 lipca Interpol wystąpią przed The Cure w londyńskim Hyde Parku w ramach części British Summer Time Festiwal, na którego liście zgłoszonych wykonawców mamy też takich artystów jak Goldfrapp oraz Ride.

Będzie to występ dla upamiętnienia 40-lecia wydania pierwszego singla The Cure „Killing An Arab” i wiele wskazuje na to, że ze strony Interpol można liczyć na jakieś niespodzianki dotyczące inspirującego repertuaru Roberta Smitha i jego zespołu. Taki szacunek dla ich dorobku ze strony grupy, która w porównaniu z The Cure nie jest jeszcze nawet w połowie muzycznej drogi - to byłoby coś.

Lista miast, w których chcą się pojawić w ramach światowej trasy koncertowej jest coraz dłuższa, a rozpoczynają w Wiedniu już 25 czerwca, następnie zagoszczą na festiwalu w duńskim Roskilde, później 7 lipca londyński koncert jubileuszowy, którego gospodarzem będą The Cure, w sierpniu wracają do Stanów Zjednoczonych, 14 listopada powrót do Europy i koncert w Royal Albert Hall w Londynie, 24 listopada Kopenhaga oraz 29 listopada Paryż.

Nowa płyta jest już od jakiegoś czasu promowana nagraniem 'The Rover', a w całości poznamy ją 24 sierpnia.
2018-06-17, 09:07

Smashing Pumpkins wracają do koncertów i zapowiadają nową płytę

[Fot.Carlos Varela/flickr.com]
[Fot.Carlos Varela/flickr.com]
Nagranie 'Solara' jest pierwszym utworem zarejestrowanym w składzie Billy Corgan, James Iha, and Jimmy Chamberlin od 2000 roku, a umieszczane co jakiś czas na Instagramie zdjęcia sugerują, że nowy krążek może stylistycznie zmierzać w kierunku osławionej sesji Adore sprzed 20 lat.

Video przygotował Nick Koenig, autor wielomilionowego frekwencyjnie sukcesu umieszczonych wcześniej w sieci utworów ‘Spotlight’ w wykonaniu Marshmello oraz ‘Awful Things’ z repertuaru tragicznie zmarłego amerykańskiego rapera występującego po pseudonimem Lil Peep.

Tymczasem nie ma ostatnio wyraźnych znaków poprawy relacji z oryginalną basistką grupy D’Arcy Wretzky, która kończąc w maju 50 lat miała pewnie nadzieję na jakieś pojednawcze gesty i kto wie, być może właśnie wspólne nagrania i trasę koncertową.
Smashing Pumpkins przygotowuja się aktualnie do trasy po USA i mają w planie wydanie aż trzech EP z nowym materiałem.

8 utworów: ‘Alienation’, ‘Travels’, ‘Silvery Sometimes’, ‘Solara’, ‘With Sympathy’, ‘Marchin’ On’, ‘Knights of Malta’, ‘Seek And You Shall Destroy’ wyprodukował Rick Rubin, a zostały zarejestrowane w składzie Billy Corgan - gitara i śpiew, James Iha - gitara, Jimmy Chamberlin - perkusja. To muzycy oryginalnego składu, ale na sesji udzielał się także ich wieloletni współpracownik Jeff Schroeder, wcześniej gitarzysta zespołu The Lassie Foundation, aż do jego rozpadu w roku 2006.

Jeszcze w lutym w bardzo długim i emocjonalnym poście Billy Corgan wracał do swojej przeszłości, dodał zdjęcie z czasów sesji nagraniowych 'Siamese Dream' albo 'Mellon Coolie' i cieszył się z powrotu do nagrań w oryginalnym składzie i z Rickiem Rubinem na pokładzie.

- Miałem zwariowane życie. Solidnie pokręcone. Dziś żyjemy w czasach, w których sposób w jaki postrzegamy rzeczy w pewnym sensie ma większe znaczenie niż to jak one wyglądają w rzeczywistości - napisał Corgan.

- Gdybym nie dołączył zdjęcia, na którym Rick siedzi z nami w studiu i analizuje dźwięk, nie wiedzielibyście, że to fakt, że to się dzieje.

Weterani rocka wystąpili ostatnio na żywo w programie telewizyjnym u Jimmiego Fallona i zagrali 'Solarę', choć trzeba przyznać, iż drażnią się trochę z fanami.

Otóż w wielu miejscach Londynu pojawiły się ogromne plakaty z fragmentem tekstu nagrania 'Bullet With Butterfly Wings’ z milowej sesji ‘Mellon Collie & The Infinite Sadness’ z 1995 roku - chyba jednej z najważniejszych w latach 90., ale jest też na plakatach data 16 października.

I teraz nie wiadomo, czy chodzi o datę nowego albumu, czy może jakiś wielki koncert w Londynie właśnie?

Wiadomo, że na koncertach w USA pod wspólną nazwą ‘Shiny Oh So Bright’ będzie grupę wspierać także bassista sesyjny Jack Bates.
1234567
Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. Dowiedz się więcej »